Józef Fornal – Nauczyciel Wychowawca

Józef Fornal – Nauczyciel Wychowawca

Józef Fornal  (1893 – 1963) – kierownik szkoły w Fajsławicach i wychowawca klasy siódmej w 1950/51 i 1951/52 r.

Józef Fornal – niech imię Jego będzie sławione po wsze czasy

Praca w Długim Kącie

Jeżeli ktoś będąc w Szczebrzeszynie wstąpił do kościoła Świętej Katarzyny, to musiał zauważyć, że przednia ściana kruchty – ze trzy razy większa od kruchty kościoła w Fajsławicach – jest wyłożona czarnym marmurem, a na nim wyryte są imiona i nazwiska ludzi z tego terenu, którzy podczas lat wojny zginęli z rąk niemieckich.
Przyznać muszę, że to już od pierwszej chwili wywarło na mnie ogromne wrażenie. Wyszłam, ale za jakieś pół godziny wróciłam i czytałam od nowa.
Starałam się odczytać wszystkie nazwiska, ale nigdy nie doczytałam do końca. W podświadomości szukałam cały czas jednego nazwiska, bohatersko zasłużonego także dla tych stron – Józefa Fornala.
Cmentarz parafialny w Szczebrzeszynie usytuowany jest bardzo malowniczo na górze, u podnóża której rozciągają się łąki. Latem pokryte są pachnącymi roślinami.
Z cmentarnej góry widać miejscowość Długi Kąt należący do UPT Józefów k/Biłgoraja. Pracował tam w szkole Józef Fornal.
Pan Józef Fornal w latach okupacji niemieckiej prowadził także tajny komplet gimnazjalny w Olchowcu.

W Armii Krajowej

Józefów, tak jak cała Zamojszczyzna, była matecznikiem partyzantki spod znaku Armii Krajowej.

Rys. 2. Pomnik żołnierzom AK w Biłgoraju. Źródło: http://pulawybabij.blogspot.com/2011/08/pomnik-żołnierzy-obwodu-bigorajskiego.html

Syn Józefa Fornala – Jerzy Zbigniew, był wtedy na tyle dorosłym człowiekiem, że w działalność AK był zaangażowany. Dotyczyło to również naszego Świętej Pamięci Wychowawcy.
Opowiadał nam śp. Wychowawca, że Zbyszek wpadł, ale nie wiem czy w czasie akcji partyzanckiej, czy wyboru: co dziesiąty, czy może donosu?
Wiem, że był już skazany przez Niemców na śmierć. Nie wiem czy na śmierć natychmiastową na miejscu, czy też czekał jeszcze w Rotundzie Zamojskiej na wywózkę.
Okup złożony w odpowiednie ręce w ostatniej chwili ocalił skazanego, ale żona Józefa Fornala – Janina tak mocno to przeżyła, że zachorowała bardzo ciężko na nerwy.
Matka Zbyszka, Janina z domu Jaskmanicka (1903 – 1979), też była nauczycielką. Odtąd nie mogła już nie tylko wykonywać swojego zawodu, ale jej cała dalsza egzystencja była jednym wielkim dramatem, Jej i Rodziny.
Zbyszek również po tych niezwykle dramatycznych traumatycznych przeżyciach do pełnego zdrowia już nigdy nie powrócił. Częściowo niepełnosprawny, z widocznym inwalidztwem, pozostał do końca życia.

Rys.3. Rotunda Zamojska. W niej przetrzymywany był Zbyszek Fornal, skazany przez Niemców na rozstrzelanie. Żródło: http://www.museo.pl/content/view/841/299/

Ucieczka do Fajsławic

Z Józefowa k/Biłgoraja Fornalowie przyjechali do Fajsławic. Bowiem ze względu na akowską przeszłość Józefa Fornala i Jego syna, w Józefowie dla Niego pracy w szkole nie było.

Rys.4. Z widokiem na Kolumnę Toskańską

Z tych powodów konieczna była dla nich wszystkich zmiana miejsca zamieszkania i otoczenia. A może również chodziło o to, by zejść z oczu niektórym konkretnym ludziom?
Nie znam szczegółów, ale wiesz doskonale, że jeszcze w latach pięćdziesiątych, tych którzy walczyli w Armii Krajowej z niemieckim okupantem – „zaplutych karłów reakcji”, po głowie nie głaskano.

W domu, gdzie rodzina Fornalów zamieszkała w Fajsławicach, byłam nieraz w latach 1952 – 1953 i widziałam jak Zbyszek i jego siostra Romka, ślicznie malowali. Byli bardzo utalentowani.
Mieli też bardzo dużo książek, ale nie wszystkie były wyeksponowane. Duża część znajdowała się w pudełkach.

Byli bardzo dobrzy i życzliwi. Bywali w domu mojej mamy i moim nieraz, bo u nas wtedy w ogrodzie był owocowy raj.

Byli ludźmi pobożnymi. Co niedziela kierownik szkoły w otoczeniu syna i córki – niekiedy udało im się także zabrać ze sobą Matkę – szli szosą lubelską, powolnym dostojnym krokiem do kościoła.

Rys. 5.Kościół w Fajsławicach

Z wielkim szacunkiem pozdrawiani przez mijających. Z bardzo wielką uprzejmą wzajemnością z ich strony.

W 1950 roku w Fajsławicach była duszpasterska wizyta biskupa lubelskiego x.Piotra Kałwy. Podniosłości wydarzenia dodawały niezwykle uroczyste banderie dorosłych mężczyzn na koniach i wielkie kolumny młodzieży na rowerach. Była to wielka religijna i patriotyczna narodowa manifestacja.

Oddech wolności ciemiężonego ludu.

Wzdłuż szosy w kierunku Lublina stały, ciągnące się kilometrami, nieprzebrane tłumy wiernych z Fajsławic, a także z sąsiednich okolicznych i dalszych parafii. Wszyscy byli w radosnym uniesieniu i robili co mogli by widzieć odjeżdżającego Pasterza.
Józef Fornal, by zobaczyć odjeżdżającego Ekscelencję, wszedł na wysoki kopiec w sadzie u pp. Bochniarzów, skąd miał doskonały widok. Miałeś możliwość podziwiać Jego pomysłowość. Biskup także dostrzegł Go i z daleka  pozdrowił błogosławiącym gestem swoich rąk.

Utalentowane dzieci: Zbyszek i Romka

Żona bała pokazywać się publicznie. Może w ludziach widziała zagrożenie? Miała powody do takich zachowań. Wynikały one z ciężkich rodzinnych doświadczeń w przeszłości. Potem również dotknęły ich one w okrutny sposób.
Wspomnieć muszę, że Jerzy Zbigniew Fornal zaczął uczyć mnie łaciny. Ale w liceum, bez przewodnika wszystko wzięło w łeb.

Nigdy nie zapomnę sentencji, którą Romka Fornal wpisała mi do pamiętnika. =Ora et labora= /Módl się i pracuj/.
Zbyszek napisał mi wiersz:

„Niech Stwórca kwiaty z dłoni,
Na Twoją włoży skroń
I śle ci blask i woń,
I szczęścia sny.

Abyś płynęła w jasną dal,
Wśród życia wartkich fal,
Nie znając co żal, co łzy.”

Żona Janina

Matka ich niezwykle rzadko wychodziła z domu. Jeżeli czasem odważyła się wyjść, to wyłącznie w towarzystwie całej rodziny. Jak ktoś do nich przychodził, Ona zamykała się w swoim pokoiku. Rozmawiałam z Nią tylko jeden raz.
Podczas kolejnego pobytu u Fornalów, pani Janina zapytała mnie:
– Czemu idziesz do takiej szkoły? Tam nie ma łaciny, ani greki! Tam tylko rosyjski! Żeby chociaż niemiecki. Tyś powinna być w szkole Sióstr Urszulanek. To szkoła odpowiednia dla Ciebie! Co to za nauczyciel co nie zna łaciny! Poznaj chociaż łacinę kościelną z mszalika.
Do tej wskazówki zastosowałam się i łacinę kościelną poznałam, a także bardzo ją polubiłam.
Zresztą po Soborze II Watykańskim w parafii Fajsławice, jako jednej z nielicznych, odprawiano po łacinie Msze św. Trydenckie – choć nie wszystkie modlitwy. Także śpiewy żałobne były po łacinie. Piękne!

Nauczyciel i Wychowawca

Ja uważam, że każda szkoła, może nauczyć wiele dobrego, jeżeli uczeń chce. Lecz atmosfera panująca w szkole też jest niezmiernie ważna. Sam dobrze wiesz Karolu, jak źle się czułeś w obcym sobie środowisku i wręcz wrogiej atmosferze.
Nasz Wychowawca uczył nas języka polskiego, rosyjskiego i nauki o Polsce i świecie współczesnym. Lekcje wzorcowe, prowadzone były wspaniałą polszczyzną, które ze wzruszeniem wspominam do tej pory.
Lekcje nauki o Polsce i świecie współczesnym prowadził po swojemu. Choć była to, w założeniu władz, polityka w wersji z lat pięćdziesiątych, On zamieniał ją w luźną gawędę o tym co było, nawiązując do chwalebnej bohaterskiej przeszłości naszego narodu.

Rys. 6. Remiza OSP w Woli Idzikowskiej. W trzech salkach odbywały się zajęcia młodszych klas

Mówił z podtekstem, ale takim, że przynajmniej większość z nas wiedziała o co chodzi. Właśnie wtedy najczęściej wracał do wspomnień:
– A jak byłem w Józefowie… Wówczas płynęła opowieść o akcjach partyzanckich. Starał się unikać mówienia o swojej roli w działaniach AK.
Naukę o Polsce mieliśmy dwa razy w tygodniu. Wiele razy pytał nas, czy przełożyć tę lekcję na ostatnią godzinę, bo czasem jako ostatni był język rosyjski albo polski, które On też prowadził.
Klasa zgadzała się z entuzjazmem, bo wiedzieliśmy co będzie. Będą arcyciekawe opowiadania, które w miesiącach zimowych i jesiennych przeciągały się do zmroku.
Wtedy, gdy Józef Fornal opowiadał, była cisza jak makiem siał, a uczniowie bez wyjątku wpatrywali się w Nauczyciela jak w tęczę! Sam dobrze o tym wiesz!
Jak tu nie wspominać z szacunkiem takiego Nauczyciela!
Bywały lekcje, że któryś z chłopców czegoś nie umiał. Normalne, jak to w szkole. Wtedy Józef Fornal wymieniał imię delikwenta i mówił z wyrzutem:
– Polska Ludowa będzie miała z ciebie tyle pożytku, co Jankiel ze psa gnoju! Albo nieco łagodniej:
– Czemu się nie uczysz? Robisz tak: Chcesz głodny koniu obroku z owsem? Dostaniesz nadgniłe siano!
Gniewem nie unosił się nigdy. Ty sam dobrze wiesz Karolu jak to było.

Twojej koleżance z klasy, Geni Greczkowskiej – jak Ci napisała – najbardziej w pamięci utkwiły zajęcia z języka polskiego.
Omawiając poezję Mickiewicza Józef Fornal uczył nas patriotyzmu, miłości do polskich obyczajów, do ludzi, do wszystkiego co nas otacza. Księga po księdze omawialiśmy Pana Tadeusza. Uczyliśmy się na pamięć jego fragmentów.

Gdy Genia ukończyła szkołę podstawową nasz Wychowawca poprosił ją do siebie i powiedział:

– Ty jesteś biedna dziewczyna, ty powinnaś się uczyć. Masz tutaj karteczkę z nazwiskiem pani wizytatorki z kuratorium, ona ci pomoże. Przypomniałem jej, że to ty pierwsza odpowiedziałaś, w czasie jej hospitacji lekcji, że liczba „π” jest to stosunek promienia do okręgu i jest wykorzystywana do obliczania powierzchni koła. Wizytatorka nie była matematyczką, więc nie zorientowała się, że odpowiedź ta była błędna. Matraszek przez solidarność z tobą, nie chciał cię publicznie przy niej poprawiać, że jest to stosunek obwodu koła do długości jego średnicy.

Dzięki temu Genia mogła spokojnie uczyć się w technikum handlowym Vetterów w Lublinie, bo otrzymała także miejsce w internacie z całodziennym wyżywieniem.

Teraz, od ponad sześćdziesięciu lat Genia mieszka w Warszawie. Zawsze idąc na grób swoich rodziców, przechodząc obok grobowca Fornalów, zatrzymuje się by zapalić lampkę, mówiąc w duchu:

– Bardzo Ci dziękuję! Odmieniłeś moje życie! Byłeś wielki! Okrutnie Cię skrzywdzono! Niech pamięć o Tobie przetrwa jak najdłużej!

Mimo że, nie ma już nikogo z Jego bliskiej rodziny, o grobie naszego Wychowawcy nie zapominają także inni żyjący jeszcze, chociaż już bardzo nieliczni wychowankowie. Grób zawsze jest zadbany i leżą na nim świeże kwiaty.

Rys.7. Klasa siódma Karola Matraszka 1950/51. W tle salka lekcyjna w budynku gminnym, z tyłu za urzędem pocztowym. Rzędami od góry: Lewe ucho i ręka Cześka Madei, Heniek Rogalski, Władek Jagiełło, Heniek Zaborowski, Marian Mazurek, Karol Matraszek, Klimek Mazurek, Jerzyk Kaliniak, Józek Korbus, Marian Błaziak, Janka Kostecka, Danusia Kucówna, Irka Sidor, Marysia Kulbaka, Danusia Nucia, Bogusia Siejko, Lucyna Pawelec, Wandzia Kurys, Irka Pędzisz, Janka Mrugałówna, Mirka Bogusz, prawe ucho Józka Kosierba, Zenek Nucia, ? Zaczek, Pani Kostrzanowska, Pani Cielemondkówna, Pan Józef Fornal, Pani Agnieszka Jadwiga Mazur, Pani Stafiszówna, mamusia Siejko, Staś Błaziak, Czesia Ostańska, Florka Błaziak, Lodzia Gąsak, Genia Greczkowska, Kazia Baran, ??, Lucyna Zaliasz. Pozostali z naszej klasy znajdują się poza kadrem.

Wielki Patriota

Pierwszy maja 1952 rok. Drużyna harcerska otrzymała sztandar.
Jedna strona, to kolor biało – czerwony, a druga to czerwień z emblematem harcerstwa, zwanego walterowskim, oraz znicz o trzech płomieniach z literami N.P.W. (Nauka Praca Walka). Po jednej stronie znicza był tryb, po drugiej kłos, symbol sojuszu robotniczo – chłopskiego (którego nie było) i hasło: Nauce Pracy Walce – Czuwaj! Oczywiście bez lilijki skautowskiej.
Do pocztu sztandarowego nie bardzo kto się rwał. Nasz Wychowawca popatrzył i wybrał trójkę o słusznym wzroście. Tymi delikwentami byli: Marian Denis z Dziecinina, Lucyna Błaziak (Polska) z Fajsławic i ja. Stanęliśmy ze sztandarem, a nasz Nauczyciel podszedł do nas i powiedział nam zniżonym głosem:
– Mam do was prośbę. Jak będziecie iść przez Fajsławice, drogą koło kościoła, przez wieś, trawnicką szosą do lubelskiej i lubelską, to tam, gdzie będzie więcej ludzi odwracajcie sztandar stroną biało – czerwoną.
Józef Fornal wiedział, że wiele osób miało wielki uraz na punkcie czerwieni.

*

„Władza ludowa” stopniowo, ale systematycznie likwidowała święta kościelne. Pierwszym zlikwidowanym świętem, już w 1947 roku, było święto Trzeci Maja. Później inne. W te dni przedtem nie chodziło się do szkoły, lecz do kościoła.
Pamiętam, że nasz Wychowawca prosił, by tego przestrzegać i na lekcje przychodzić. Ale do tego nikt się nie stosował. Czasem przychodziliśmy, ale bez książek i zeszytów i potem wszyscy razem szliśmy do kościoła.
Po wywiadówce za pierwszy okres, moja Mama kategorycznie zapowiedziała, że koniec tej uczniowskiej samowoli. Mówiła również, że Józef Fornal tłumaczył czym mu to grozi.
Bardzo możliwe, że w którymś z następnych lat, uczniowie zachowali się tak jak my wcześniej. Mógł ktoś wizytować szkołę i to skończyło się źle, tak jak Ci wiadomo. Tego nie dowiemy się nigdy.
Może ktoś doniósł? Wiem, że było wielu obcych na różnych stanowiskach, „przywiezionych w teczkach” na nasz teren, było też parę osób nadgorliwych wśród miejscowych, ale posądzać kogoś o takie draństwo nie mogę.
Nie zaskoczyła mnie informacja, którą uzyskałeś od Jego najbliższego kuzyna, spośród żyjących, księdza Floriana, że Józefowi Fornalowi natychmiastowe zwolnienie z pracy, z absolutnym zakazem wejścia na teren szkoły wręczono w chwili gdy wychodził z kościoła w skasowane święto Trzeci Maja. I stało się to za sprawą jednego z „przywiezionych w teczce”, na nasz teren.
Okażmy nieszczęśnikowi miłosierdzie i nie ujawniajmy jego personaliów.

*

Znana i bardzo lubiana była wówczas pieśń o Konstytucji 3 Maja:

„Witaj majowa jutrzenko, świeć naszej polskiej krainie,
Uczcimy ciebie piosenką, która w całej Polsce słynie.
Witaj maj, Trzeci Maj, u Polaków błogi raj.

Nierząd braci naszych cisnął. Gnuśność w ręku króla spała.
A wtem Trzeci Maj zabłysnął i cała Polska powstała.
Witaj maj Trzeci Maj itd.”

Ta patriotyczna pieśń była srodze zakazana. Za śpiewanie jej groziło więzienie, tak jak za „Czerwone maki na Monte Cassino”. Ponieważ była dotychczas bardzo popularna, władze dokonały na niej „korekty” i jeżeli już, to należało śpiewać, zamiast 3 Maj – 1 Maj. Co było oczywistym bezsensem.
Nadal wszyscy potajemnie śpiewaliśmy 3 Maj. A jak trzeba było oficjalnie, to gdy nie chcieliśmy śpiewać 1 Maj – za poradą naszego Wychowawcy zaśpiewaliśmy: „Witaj maj, piękny maj…”

*

Natrafiłam na zbiorczą fotografię kilku dziewczyn z siódmej klasy 1951/52 r. W przypływie zdolności dekoracyjnych pokratkowałam białe bluzki, gdyż wydawały mi się zbyt staroświeckie i jednostajne.
Na fotografii tylko ksiądz Tadeusz Bereza ma rozradowaną twarz, zapewne z tego powodu, że wreszcie rozstaje się z tym towarzystwem…
My mamy grobowe facjaty, bo nasze towarzystwo rozpierzchło się na wszystkie strony i przeczuwałyśmy, że w tym składzie stoimy ostatni raz.
Kogo przedstawia ta fotografia?

Pierwsza z prawej – Zosia Baran z Woli Idzikowskiej. Wprawdzie w sukience ze starszej siostry, ale już nie w szkolnej granatowej spódnicy i białej bluzce jak pozostałe koleżanki (oprócz mnie).

Rys.8. W siódmej klasie 1951/52. Od prawej: Zosia Baran, Lucyna Bochyńska, Halinka Kawerska, Tereska Burak, x.Tadeusz Bereza, Teresa Lucyna Błaziak, Lucyna Błaziak, Zosia Fedorowicz ,

Lucyna Bochyńska z Suchodół – absolwentka Technikum Budowlanego. Znakomicie grała w piłkę (dwa ognie).

Halina Kawerska z Fajsławic – czworaki, młodsza siostra Twojego kolegi Stasia Kawerskiego. Pani Agnieszka Mazur uparła się zrobić z niej dobrą uczennicę.

Teresa Burak z Dziecinina, miała piękne blond warkocze. Jej starsza siostra Genia chodziła z Tobą do siódmej klasy.

Ksiądz Tadeusz Bereza. Wspaniała postać. Sam wiesz. Wielce zasłużony dla naszej parafii. Bardzo lubiany i szanowany przez nas.

Lucyna Błaziak córka Czesława z Fajsławic. Pierwsza wiedziała wszystko na lekcjach u Pani Mazur i Wychowawcy. Chyba nigdy nie usłyszała, jako jedna z nielicznych, od p. Fornala: – Ty tego nie wiesz, a Karol Matraszek by to na pewno wiedział. – Matraszkiem to ty nigdy nie będziesz! Było Jego zwyczajem – jak Ci pisałam – stawiać Ciebie nam za wzór.

W klasie, spośród dziewczyn, tylko Julka Wilkówna mogła się z nią równać, w przedmiotach ścisłych. Na lekcji religii z x.Berezą wiedziała nawet to, dlaczego Niedziela Przewodnia nazywa się Białą (ja nie wiedziałam). Obecnie – Teresa Lucyna Polska, Wola Idzikowska.

Lucyna Błaziak córka Franciszka zwana Fraszką (nie Traszką), bo pięknie zadeklamowała fraszkę Kochanowskiego czym wprowadziła w zachwyt naszego Wychowawcę.

Ja w krakowskim ubraniu. Byłam jego fanką, bo nie chciało mi się uprasować plisowanej granatowej spódnicy, a Mama nie miała czasu.

To krótka charakterystyka tego całego towarzystwa.

*

Przypominam sobie takie wyczyny naszej klasy:
Nowy cmentarz nie był jeszcze ogrodzony. Wrzesień, chmiel już zerwany i łodygi leżą wśród rzędów. Najczęściej było to podczas dużej przerwy, ale nie tylko. Ludzie wychodzą z konduktem żałobnym z kościoła. Normalny widok znany każdemu.
Wejście do naszej klasy było z tyłu budynku gminnego, naprzeciw cmentarza. Co robiła nasza wariacka klasa? Otóż na łeb, na szyję pędziliśmy na cmentarz, by brać udział w pogrzebie. Koniec pogrzebu, a my zadowoleni wracaliśmy do klasy. Urywało się 10 – 15 minut lekcji!
Aż wreszcie otrzymaliśmy od Wychowawcy ostrą reprymendę!
Skruszeni obiecaliśmy poprawę i dzikie cwałowanie poprzez chmielnik nie powtórzyło się więcej.
Nauczyciel był dla nas wielkim autorytetem. Bo jak Pan powiedział, albo Pani powiedziała, to było ważne i już!

Kochał wieś polską

Rys.9. Staś Wójcik

Na akademię pierwszomajową, klasa szósta przygotowała interesujący obrazek sceniczny z „Placówki” Bolesława Prusa.

Ślimak, chłop ciężko doświadczony przez los, decyduje się sprzedać przynajmniej część swojego pola osadnikom niemieckim.

Po spaleniu części zabudowań, kradzieży koni, śmierci młodszego syna Stasia, śmierci parobka i choroby żony, załamuje się na duchu. Wtedy, choć bardzo chora Ślimakowa wkracza do akcji i wymusza na mężu, że ten zmienia decyzję.

W roli Ślimakowej wystąpiła Stefcia Błaziak (Ciempiel) z końca Fajsławic, a Ślimakiem był Staś, syn Kacpra Wójcika z Boniewa.

Staś wystąpił w tradycyjnej sukmanie – być może swojego dziadka – w słomianym kapeluszu z czarną taśmą pod szyję zawiązaną kokardką z czerwonej tasiemki. Wyglądał jak autentyczny gospodarz.

Stefcia w kraciastej spódnicy, wyszywanej bluzce i kraciastej chustce na głowie, wyglądała wspaniale.
Dialog brzmiał mniej więcej tak: (nie pamiętam dokładnie)

Stefcia: – Kto ziemię przedaje, temu Pan Bóg nie odpuści w godzinę śmierci!!!
Staś (z trwogą):– O, Jezu!

Stefcia: – Ten nie zazna spokoju za życia i po śmierci!
Staś (z trwogą):– O, Jezu!

Stefcia: – Najświętszy sakrament krwią mu się w ustach rozpłynie.
Staś (z trwogą):– O, Jezu!

Stefcia: – Przedasz ziemię?
Staś: – Nie przedam!

Stefcia: – Przysięgasz ?
Staś: – Przysięgam!

Stefcia: – Tak mi dopomóż Bóg i niewinna Męka Syna Jego?
Staś: – Tak mi dopomóż Bóg i niewinna Męka Syna Jego !

– Oddasz ziemię do kołchozu?
– Nie oddam! – Tak mi dopomóż Bóg i niewinna Męka Syna Jego !

Dwa ostatnie wiersze wszyscy w duchu sami sobie dodawali.

Po zakończeniu tego dialogu „artyści” ukłonili się z gracją. Rodziców było dużo, bo pomijając część oficjalną, na tańce, piosenki i przedstawienie warto było popatrzeć. Radio było wówczas rzadkością a uczniowskie występy stanowiły miłą rozrywkę. Tekst z „Placówki” był dobrą aluzją do sytuacji panującej na wsi. Braw nie żałowano. Nasz Wychowawca i nie tylko On, był autentycznie wzruszony.

Akademia zakończyła się oberkiem lubelskim, a Staś Wójcik (wyjechał potem z rodziną do Kanady) wykonał solo wesołą piosenkę:

Niedaleko od Zemborzyc Wrotkowa,
Zginęła mi od konika podkowa!
Gdyby ją tam Lublinianki znalazły,
Kupiłbym im pierścioneczek żelazny!

Od Lublina czarna chmura, deszcz leje!
A gdzie ja się nieboraczek podzieję!
Pójdę ja se do Marysi do sadku,
Przenocuj mnie moja Maryś, mój Kwiatku!

*

Ulubionym wierszem naszego Wychowawcy był wiersz Marii Konopnickiej: „A jak poszedł król na wojnę…”

A jak poszedł król na wojnę,
Grały jemu surmy zbrojne.
Grały jemu surmy złote,
Na zwycięstwo na ochotę!

A jak poszedł Stach na boje,
Zaszumiały jasne zdroje,
Zaszumiało kłosów pole,
Na tęsknotę, na niedolę…

Szumią orły chorągwiane,
Skrzypi kędyś krzyż wioskowy.
Stach śmiertelną dostał ranę,
Król na zamek wracał zdrowy!

A jak wjeżdżał w jasne wrota,
Wyszła przeciw zorza złota.
I zagrały wszystkie dzwony,
Na słoneczne świata strony.

A jak chłopu dół kopali,
Zaszumiały drzewa w dali.
Dzwoniły mu przez dąbrowę,
Te dzwoneczki, te liliowe…

To odległe, szkolne wspomnienia.

Szanowany i uwielbiany przez młodzież

W dzień Jego Świętego Patrona zaśpiewaliśmy Mu taką piosenkę:

„W blaskach tęczowych zabłysła zorza
I wita Ciebie w Patrona dzień.
Głos naszych życzeń jak fale morza,
Płyną dziś z prądem gorących tchnień.

O żyj nam długo! Żyj jak najdłużej!
A pamięć w sercu zostanie.
Za pracę ciężką, trud poniesiony,
Obficie zbierzesz należne plony!

Niech życie Twoje płynie spokojnie,
Jak łódka mała wśród cichych fal.
A miłość nasza darząca hojnie,
Popłynie z Tobą w świetlaną dal!!!”

Wychowawca był bardzo wzruszony.

Nasza Kochana Pani Agnieszka Mazur

Rys.10. Pani Agnieszka Mazurówna – Jadzia. Wspaniała nauczycielka. Uwielbiana przez nas. Szanowana i ceniona przez rodziców

Pieśni tej nauczyła nas Agnieszka Mazurówna, niezapomniana niezwykle empatyczna pedagog, znakomita nauczycielka fizyki, matematyki i chemii.
Pomagała nam w przygotowaniach do Jego imienin. Pochodziła z Jarosławia, dokąd udało Jej się ujść razem ze swoją Mamą przed rzezią ukraińskich nacjonalistów.

Na Woli Idzikowskiej zamieszkała w 1948r. u Jana Pasickiego.

Pracowała w naszej szkole do 1954? roku. Potem wróciła do Jarosławia.
Nasz Wychowawca miał w Niej mocne oparcie.
Kiedyś przyszedł na Jej lekcję. Pani Agnieszka właśnie skończyła lekcję fizyki i usiłowała nauczyć nas piosenki na Dzień Matki, który się zbliżał. Wychowawca wszedł, zdziwiony że śpiewamy, usiadł cichutko przy oknie i nie przerywał.

Co sobie przypominał i o czym myślał słuchając tych słów ?

 Mateczko kochana nad wszystko na świecie !

Mateczko kochana nad wszystko na świecie!
Żyłem z Tobą szczęśliwy, jako małe dziecię!
Jako małe dziecię!

A Tyś mnie chowała w bielutkiej pierzynce,
Nade mną czuwałaś w każdej dnia godzince!
W każdej dnia godzince!

I Tyś mnie kochała, prawiłaś mi gadki,
Nad brzegiem rzeczułki zbierałem Ci kwiatki!
Zbierałem Ci kwiatki!

A Tyś mnie uczyła modlić się do Boga,
Czym Ci się odwdzięczę, o Matko ma droga!
O Matko ma droga!

Ale Bóg, za tyle nade mną opieki,
Będzie Ci miłościw na wieki, na wieki!
Na wieki, na wieki!

*

Napiszę Ci także słowa innej piosenki, której nauczyła nas Pani Agnieszka:

Za moją białą chatą

Za moją białą chatą,
Na łące, na wygonie,
Słoneczne ciche lato
Koniczynami płonie.

Ścielą się złote łany,
Wielmożnie i bogato.
Jest jakiś świat kochany
Za moją białą chatą.

O świcie rosy bielą
Na łąkach płótno zgrzebne.
I mgły się jasne ścielą
Na moje łany chlebne.

Wieczorem po ugorach
Anioły snu stąpają
A nocą w ciemnych borach
Paprocie rozkwitają…

Za moją białą chatą,
W sierpniową jasną noc,
Rodzi się w mojej duszy,
Miłości wielkiej moc.

Rozsiewa księżyc blaski.
Świat cudny, wytęskniony,
Jest taki świat kochany,
Świat cichy, wymarzony.

Po wielu latach dowiedziałam się, że słowa tej piosenki ułożył zapomniany poeta Edward Słoński.

Bardzo trudne warunki bytowe

Jeszcze jedna wzmianka o naszym Nauczycielu, a mianowicie:
Józef Fornal miał bardzo wielkie problemy materialne w nowym obcym środowisku. Wynikały one także z Jego niezwykle złożonej, trudnej sytuacji rodzinnej. Z trudem starał się utrzymywać trzy niepełnosprawne osoby w swoim domu.
Na zrozumienie swoich podstawowych potrzeb, przez władze gminne nie mógł liczyć. Musiał radzić sobie sam.
Już w środku niezwykle śnieżnej i mroźnej zimy zabrakło Mu opału.
Któregoś zimowego dnia przyszedł do szkoły… z sankami. Zaraz po lekcjach zwrócił się do Lutka Strefnera, który także z Tobą chodził do szkoły, bo powtarzał klasę i do Władka Czajki, mieszkającego nad „Lipnym Dołem”. Nie wiem, czy go pamiętasz?
– Chłopcy weźcie ten worek i zejdźcie do piwnicy. Tam jest szkolny węgiel. Ja już za niego zapłaciłem. Weźcie trochę węgla. Zjedźcie na wieś Fajsławice i zachodząc od tyłu, zawieźcie i rozładujcie w mojej komórce tak, żeby broń Boże nie widziała tego moja żona.
Chłopcy byli rozgarnięci. Znali bardzo ciężki stan psychiki Pani Fornalowej, więc odpowiedzieli:
– Niech się Pan nie boi. Wiemy o co chodzi. Wszystko będzie dobrze.
Sytuacja powtórzyła się jeszcze parę razy. O opał było trudno, a bardzo skromny przydział jaki otrzymał z gminy, daleko nie wystarczał.
Mimo że, Józef Fornal żył w bardzo trudnych warunkach, zawsze wyglądał elegancko, dostojnie.
Przychodził na lekcje w bardzo starym przedwojennym jasnym garniturze. Ale garnitur Jego choć stary, był bardzo starannie w wielu miejscach… pocerowany! Koszula biała zawsze była czysta, uprasowana. Nosił też krawat.
Potem, gdy pracował w kiosku pasmanteryjnym, chodził w bardzo starym, ale zawsze czystym swetrze.

Patriotyzm Rodziny Fornalów

Podczas jednego pobytu w domu Fornalów zadałam takie pytanie:
– Jak to było, że w 1939 roku, po paru dniach od napaści Niemiec, była u nas Armia Czerwona?
Zapadła cisza.
– A kto ci to mówił? – To pytanie zadał mi Zbyszek.
– Moja mama!
– O tym nie można mówić. O tym w książkach nie piszą – kontynuował Zbigniew. Po czym spojrzał wymownie na Ojca i Siostrę. Wyszedł i po chwili przyniósł małe pożółkłe kartki. Nie pamiętam czy były to ulotki, czy wycinki z gazet.
– Przeczytaj sobie!
Rozumiałam, że dzieje się coś niezwykłego. Druk był czytelny, ale miejscami trochę zatarty. Na jednej kartce pisało coś o bandyckiej zmowie, druga odbita na powielaczu, była to odezwa Powstańców Warszawskich.
Z tego tekstu zapamiętałam słowa:
„Nad Wisłą stoi Armia Czerwona a wraz z nią skrada się zdrada i podstęp”.
Oddałam sfatygowane kartki. Zapadła cisza, którą przerwałam ja.
– Proszę Pana, Panie Zbyszku, a ja znam taką piosenkę (może pieśń) o Powstaniu Warszawskim. I powiedziałam słowa, które znałam od swojej starszej siostry Danusi, uczennicy Szkoły Handlowej im. Vetterów:

„Gdy naród do boju wystąpił w Warszawie,
To wyście w Lublinie radzili.
Gdy naród zawołał: umrzem lub zwyciężym,
To wyście PPR tworzyli!

O, śmierć wam panowie z Lublina,
Za mury stolicy zwalone.
O, śmierć wam za rządy batiuszki Stalina,
Za orła skradzioną koronę!

Gdy Anders z Niemcami we Włoszech wojował,
„Bór” w szwabską iść musiał niewolę.
Bo Bierut po nogach Stalina całował,
Kraj zdając pod jego kontrolę!”

– A co jeszcze, twoja siostra śpiewała?
– A, taką piosenkę:

„O czym marzyć, o czym śnić?
ORMO nam nie daje żyć.
Po ulicach chodzą wciąż,
Patrzą kogo jeszcze wziąć!

Siekiera, motyka, piłka tyka,
Słuchajmy Mikołajczyka!
Siekiera, motyka, piłka, kij,
Mikołajczyk sto lat żyj!

Już milicja łapie wszędy
Na samochód do komendy.
Leje wodę nam na głowy
Rząd Jedności Narodowej!

Siekiera, motyka, deski, sznurki,
Już z balkonów lecą czwórki.
Siekiera, motyka, piłka, sos.
Pocałujcie ludzi w nos!”

W pokoju zapanowała cisza. Józef Fornal zapytał, czy to deklamowałam koleżankom?
Odpowiedziałam zgodnie z prawdą, że siostra pokazała mi ten tekst i pozwoliła przeczytać, ale wpierw przeżegnałam się, że tajemnicy dochowam, a mama kazała go spalić.
Fornalowie potwierdzili zgodnie, że było to słuszne. Mama miała rację.

Pozbawiony środków do życia – „Wyklęci cywile”

Co było przyczyną, że nasz Wychowawca został niespodziewanie zwolniony z pracy i pozbawiony wszelkich praw nauczycielskich?
Dlaczego postąpiono z Mim tak okrutnie?
Może powodem było chodzenie do kościoła, a może to, że nie zdjął krzyży w szkolnych salach? Wówczas krzyże w szkołach jeszcze oficjalnie wisiały i była głośna wspólna modlitwa na stojąco, przed i po lekcjach.
Może dopatrzyli się jego przeszłości akowskiej, a może tego, że brał udział w wojnie w czasie nawały bolszewickiej w 1920 roku?
Może to wszystko razem?
Nie pomogła mu ucieczka z terenów, gdzie to wszystko miało miejsce – okolic Józefowa.
Znam podobny przypadek w Fajsławicach. Ojciec Ignasia Chudego, Tomasz – tego samego, który chodził razem z Tobą do jednej klasy, Karolu – był żołnierzem w 1920 roku. A za to Ignaś fedrował węgiel, zesłany do karnej jednostki wojskowej w kopalni.

Było to w tym samym czasie co Ty, 630m pod ziemią ryłeś chodnik podstawowy na przodku, w kopalni „Makoszowy”. Z podobnej przyczyny.

Dodać też należy, że w tych latach do szkół przyszedł nowy narybek nauczycielski, a dawni nauczyciele po przedwojennych seminariach nauczycielskich, byli wysyłani na nędzne emeryturki.

Tak samo działo się również w liceach. Było wielu nadgorliwców. Zawsze istniał problem z porozumieniem się między starszymi a niektórymi młodymi nauczycielami. A jeszcze na dodatek, inspirowana przez władzę nagonka polityczna na nauczycieli z przedwojennym wykształceniem, robiła swoje.
Karolu! Wiesz doskonale jakie to było groźne!

Rys.11. W tle, okno naszej siódmej klasy z wybitą szybą w czasie gry w piłkę nożną, „celnym” strzałem Klimka Mazurka (Drugi od lewej). Pierwszy od lewej Karol Matraszek(12lat). Dwaj obok Klimka(15): Jerzyk Kaliniak(15) i Józek Korbus(14). Na ścianie frontowej sali lekcyjnej widoczne godło Polski i nad nim Krzyż

Praca w kiosku pasmanteryjnym

Kiedy dowiedziałam się, że w Wielką Sobotę zbierano placki, chleb i jajka dla Józefa Fornala, tak jak to zawsze robiono dla proszalnych dziadów, zawalił się mój świat! Gdy przyniesiono Mu to wszystko do domu, to się rozpłakał.
On płacił swoim poniżeniem za ludzką podłość!
Ośmielam się twierdzić, że za podłość ludzi także z naszego terenu!
Nie mam na myśli stałych mieszkańców.
Wszelka władza w Fajsławicach była „przywieziona w teczkach”. Poczynając od najwyższych władz gminnych po prezesa GS, którego żona była samozwańczą przewodniczącą komitetu rodzicielskiego.
Z jej głosem musieli się wszyscy liczyć nawet na posiedzeniach rady pedagogicznej, w których uzurpowała sobie prawo uczestniczenia, gdy były omawiane ważne problemy uczniów i szkoły!
Nie mogłam tego przeżyć. On był Jedynym Żywicielem Rodziny, ale kogo to obchodziło?
W wielkiej swojej łaskawości zaoferowano Mu pracę w niewielkim kiosku pasmanteryjnym, należącym do miejscowego GS.
Kiedy do tego sklepiku weszłam i Go zobaczyłam, nie mogłam wymówić ani słowa. Uśmiechnął się. Człowiek Wielkiego Serca i Skromności.

Represje objęły też Zbyszka

Syn Józefa Fornala, Jerzy Zbigniew był studentem filozofii KUL. Wiem, że z braku pieniędzy na bilet, wychodził o drugiej w nocy i szedł piechotą do Lublina.
W latach Gomułkowskich, Jerzy Fornal dostał pracę nauczyciela w szkole w Fajsławicach.
Możliwe, że był to rok 1964, gdy uczestniczyłam w zebraniu rodzicielskim. Moja najstarsza córka Ania była wówczas w drugiej, lub w trzeciej klasie.
Jeden z rodziców – z litości nie podam jego nazwiska, zresztą już od dawna nie żyje, a w Fajsławicach mieszkał dopiero kilka lat – stwierdził, że Jerzy Zbigniew Fornal nie nadaje się na nauczyciela. Wymienił jego „wady” i stwierdził, że należy go zwolnić.
Karolu! Czułam, że sufit spada mi na głowę, że mnie przywala, a ja duszę się i nie mogę sobie poradzić.
Nie wiem, czy wstąpił we mnie diabeł, czy dobry duch, bo ostatkiem siły mojej woli zdołałam pozbierać swoje rozbite członki i poprosiłam o głos. Gdy mi udzielono, powiedziałam coś w tym rodzaju:
– Jak można człowieka ciągnąć po śmietniku! To nie prawda, że On nie ma wiadomości i nie nadaje się na nauczyciela! To nasze dzieci nie powinny być Jego uczniami!
– On powinien w auli uniwersyteckiej studentom wykładać!
Nie można tak poniżać człowieka! My wszyscy nie dorastamy Jemu do pięt! Należy natomiast nasze pociechy pouczyć, by nie przeszkadzały Mu w prowadzeniu lekcji!
Nie obchodziło mnie to, co kto sobie o mnie pomyśli. Miałam to gdzieś.
Kiedy skończyłam i usiadłam rozdygotana, podeszła do mnie nauczycielka prowadząca zebranie i powiedziała tylko:
– Miała pani rację!
Wracałam do domu sama, bo nie chciałam przyłączać się do nikogo.
Pogoda była taka jak w nowelce Sienkiewicza „Jamioł”, kiedy osierocona mała Marysia sama wracała przez las do domu. Ale zamiast wilczej sylwetki widziałam uśmiech Józefa Fornala i Jego drżące dłonie starszego człowieka, przekładające tasiemki, agrafki i guziki w kiosku GS.
Wiem, że do 1966 roku, Jerzy Zbigniew pracował w szkole w Fajsławicach. Później wraz z Siostrą Romką i Matką, wyjechał szukać pracy w Rzeszowie.

Poszukiwanie „szczęścia” w Rzeszowie

Gdy w 1966 roku zwolniono Zbyszka ze szkoły w Fajsławicach, Fornalowie wyjechali do Rzeszowa. Pani Fornalowa miała tam swoją siostrę. Były to Jej rodzinne strony. Zamieszkali w jakimś nędznym, opuszczonym baraku.
Zbigniew i Romka pracowali trochę jako wykładowcy w studium nauczycielskim w Rzeszowie.
Zbigniew zginął tragicznie w katastrofie samochodowej.
Czy żyje Romka? O tym dowiedziałam się dopiero teraz od Ciebie, kiedy przekazałeś mi informację uzyskaną od swojego nieco starszego kolegi z młodzieńczych lat, a jej kuzyna księdza Floriana Fornala, że ciężko schorowana zmarła już wiele lat temu.
Romka od wczesnej młodości, miała bardzo wielki problem z chorymi nerkami.
Od niego również uzyskałeś wiadomość, że nasz Wychowawca ukończył seminarium nauczycielskie we Lwowie.
Karolu! O ile mi wiadomo, Józef Fornal pochodził z Łopiennika i był spokrewniony z rodziną Marcjanny Fornalskiej, teściowej Bolesława Bieruta, na której polu w Boniewie, w latach sześćdziesiątych stanęła szkoła „tysiąclatka”. Stoi do dziś. Takie ludzkie losy…

Nie przegrał !!!

Jeszcze jedno. Nasz Wychowawca często powtarzał:
– Historia ludzkości nie zna przypadku, by któryś władca był nieśmiertelny. Czyli wszystko przemija.
Lucyna Polska i ja bardzo wytrwale tłumaczyłyśmy wszystkim od lat, że Józef Fornal powinien być patronem szkoły w Fajsławicach. Ale oni wiedzieli swoje. Co kogo może obchodzić człowiek, o którym on nic nie wie?

Nasz Wychowawca nie przegrał. Tak jak tylko pozornie przegrywają wszyscy Jemu podobni.
Jak powiedział Mistrz z Nazaretu: Błogosławieni cisi, albowiem oni posiądą ziemię!

Beati mites, quoniam ipsi possidebunt terram!

***

Ulubiona Jego pieśń

Przypomniała mi się ulubiona piosenka naszego Wychowawcy. Przez nas wspólnie z Nim wiele razy śpiewana. Józef Fornal śpiewał ją z wielkim wzruszeniem:

Tam za górą, tam za rzeką – hej!
Gdzie się mgły po ziemi wloką – hej!
Tam jest moja matka, tam siostra i brat,
Tam jest moja chatka, tam jest cały świat!

Tam chodziłem ja do szkoły – hej!
Tam spędzałem czas wesoły – hej!
Żyłem tam szczęśliwy jak w czarownym śnie,
Lecz może już nigdy tam nie wrócę nie.

Przyjechałem w obce strony – hej!
Samotny i opuszczony – hej!
Poznałem tam dziewczę, siedemnaście lat,
Ona mi przesłania sobą cały świat!

Gdy ją pierwszy raz ujrzałem – hej!
Zaraz w niej się zakochałem – hej!
Oczy miała duże, niby gwiazdy dwie,
Usta płatki róży – zakochałem się.

Chcę by była moją żoną – hej!
Ukochaną wymarzoną – hej!
Czekam kiedy ona powie: – Kocham cię!
Ja jej też odpowiem. Pobierzemy się.

Znikną wtedy smutki, żale – hej!
Nie będę się martwił wcale – hej!
Może Bóg da kiedy, że powrócę tam.
Teraz się nie martwię, piękne dziewczę mam!

*

Pieśń śpiewana w więziennych celach

Karolu! Nie wiem, czy znasz słowa całej piosenki, której tylko krótkie fragmenty zacytowałeś w „Różańcu…”. Oto one:

Dwunasta godzina wybiła na miejskim zegarze.
Więźniowie twardym snem śpią.
Ale nie wszyscy, bo jeden wciąż marzy.
On widzi wolność za mgłą!

A w jego celi są kraty żelazne.
Pilnik ma cienki jak włos.
On na to nie zważa, piłuje nim kraty.
A wciąż, a wciąż, a wciąż!

A gdy grube żelazo od muru odstało,
Swoboda, wolność tuż, tuż.
O nocko kochana pamiętaj ty o mnie.
I w porę oczęta zmruż.

A gdy wyszedł na wolność z otwartym oddechem,
Nie wiedział, że przed nim grób.
Wtem wystrzał się rozległ i odbił się echem,
A na murawę padł trup.

Na odgłos wystrzału więźniowie powstali,
A w dali gaj, szumiał gaj.
A warta jak zwykle wołała w oddali:
Czuwaj! Czuwaj! Czuwaj!

Wola Idzikowska * Szczecin – 21.06.2017r.

W 54. rocznicę śmierci naszego Mistrza – Nauczyciela – Wychowawcy

Zofia Iskra * Karol Matraszek

 

*****

Droga Zosiu!

Ogromne dzięki. Twój list uzupełniłem swoimi wspomnieniami, a także zamieściłem w nim wspomnienia innych uczniów naszego Mistrza.
Szczególnie cennymi wspomnieniami podzielili się ze mną: Koleżanka Lucyna Błaziakówna z Fajsławic (obecnie Teresa Lucyna Polska – Wola Idzikowska);
Kolega Staś Błaziak z Woli Idzikowskiej „Owiesek”;

Moja siostra Aniela Matraszek z Ignasina (obecnie – Lublin)

A także Koleżanki i Koledzy: Lutek Strefner i Maria Strefner z Fajsławic: Klimek Pielak z Fajsławic; Klimek Mazurek z Fajsławic; Marian Mazurek z Kol. Fajsławice (obecnie Lublin); Kazik Błaziak z Fajsławic (Świdnik); Halinka Korbusówna (Błaziak) z Suchodół; Tadek Jagiełło z Kępów; Tadek Olech z Dziecinina; Lucyna Olech; Marian Błaziak z Kosnowca (Jaszczów); Danusia Błaziak z Fajsławic (Zamość); Zbyszek Bochniarz z Fajsławic (Warszawa, Stany Zjednoczone); Jego Mamusia Helena Bochniarz z Fajsławic (Lublin) (W jej domu Józef Fornal z rodziną znaleźli życzliwe schronienie kiedy musieli uchodzić z Józefowa); Marian Denis z Dziecinina (Lublin); Wandzia Kurysówna z Woli Idzikowskiej; Leszek Michalak z Ignasina; Genia Greczkowska z Suchodół (Eugenia Skowronek – Warszawa); Kazia Baranówna z Woli; Lucyna Zaliasz z Suchodół; Mirka Boguszówna z Woli Idzikowskiej; Irka Idzik z Suchodół; Lucyna Pawelec z Fajsławic (Warszawa).

Rys. 12. Staś Błaziak

Rys.13. Lucyna Teresa Błaziakówna Rys.14. Anielka Matraszkówna

Z mojej czterdziestopięcioosobowej klasy, po blisko siedemdziesięciu latach, pozostało już tylko kilka osób. Z klasy Zosi, podobnie. Byłoby bardzo niesprawiedliwie gdyby wraz z nami ostatnimi zaginęła pamięć o Józefie Fornalu!

Rys.15. Marian Błaziak Rys.16 Genia Greczkowska  Rys.17. Lucyna Pawelcówna
Rys.18. Zosia Federowiczówna Rys.19. Karol Matraszek

Wszyscy, których udało mi się odnaleźć – rozproszonych po szerokim świecie, przeważnie ciężko schorowanych osiemdziesięciolatków – i miałem przyjemność z nimi rozmawiać, sercem i duszą wyrażali gorące pragnienie godnego upamiętnienia Naszego Drogiego Mistrza i Nauczyciela.
Powyższe wspomnienia zbierałem z poczuciem wielkiego obowiązku. Starałem się czynić to jak najbardziej rzetelnie i sumiennie. Całość opracowałem, z zachowaniem pierwotnej formy listu Zosi Fedorowiczówny do mnie.
(-) Karol Matraszek (1939r.) z Ignasina (Szczecin; Strasburg, Paryż)

Zofia Iskra (Zosia Fedorowiczówna). Rocznik 1938. Nieziemsko utalentowana Nasza Rodzima Poetka.
Niegasnące uczucie miłości do poezji rozbudził w sercu swojej najlepszej uczennicy, Mistrz Mowy Polskiej – Nasz Wychowawca.

Karol Matraszek

Rys.20. Pomnik Józefa i Janiny Fornalów na nowym cmentarzu w Fajsławicach, przy głównej alejce

 

Rys.21. Dom w którym mieszkał nasz Wychowawca (widok obecnie, fot. Arkadiusz Greczkowski)

Józef Fornal w Fajsławicach znalazł życzliwe schronienie w gościnnym patriotycznym domu Pani Heleny Bochniarzowej. Chwała Jej. Była córką Lewka Mazurka, bardzo szanowanego gospodarza.
Leon Mazurek, jako miejscowy autorytet był często przez wielu mieszkańców proszony o rady w ważnych ich sprawach życiowych.
Pewnej, bardzo urodziwej pannie, której na imię było Lucyna, na jej zapytanie:
– Czy jako szesnastolatka powinna wychodzić już za mąż? Odpowiedział dyplomatycznie:
– Nie słyszałem aby komuś ranne wstawanie lub wczesne zamążpójście zaszkodziło…Odczytując to jako zachętę, owa urocza panienka za mąż… wyszła!!!

W pobliżu domu, gdzie mieszkał Józef Fornal stoi Kolumna Toskańska, obecnie symbol gminy Fajsławice.

 

Please follow and like us:
0