Kolonia Suchodoły „2” i okolice – dzieje Dziecinina. Część V – Okres międzywojenny

Kolonia Suchodoły „2” i okolice – dzieje Dziecinina. Część I

Kolonia Suchodoły „2” i okolice – dzieje Dziecinina. Część II

Kolonia Suchodoły „2” i okolice – dzieje Dziecinina. Część III

Kolonia Suchodoły „2” i okolice – dzieje Dziecinina. Część IV


Okres międzywojenny to czas bardzo trudny dla młodego państwa i jego mieszkańców. Wojna pozostawiła ogromne zniszczenia. Trzeba było dopasować do siebie części kraju będące pod różnymi zaborami. Różniły się one między innymi:

  1. Przepisami prawa (i tym samym różnymi wyrokami za te same przewinienia).
  2. Walutą (funkcjonowały obok siebie trzy waluty zaborców, stopniowo wycofywane, a ponadto w obrocie były nowe marki polskie)
  3. Komunikacją (w zaborze rosyjskim tory szersze niż w pozostałych, na drogach ruch prawostronny i lewostronny – zabór austriacki, a tym samym samochody z kierownicami po prawej i lewej stronie, przez krótki okresu czas produkowano z tego względu pojazdy z kierownicą pośrodku).
  4. Poziomem w rozwoju i uprzemysłowienia.

Do tego należy jeszcze dodać krótką, ale wyczerpującą wojnę z Rosją oraz kryzys światowy gospodarki.

Młode społeczeństwo musiało odreagować okres niewoli – czasem w karygodny sposób.

W 1918 roku na skutek podpalenia ulega zniszczeniu cerkiew w Łopienniku. Pierwotnie grekokatolicka. Potem Rosjanie siłą włączyli ją do kościoła prawosławnego. Mieszkańcy w cichym proteście przestali do niej chodzić, a z czasem praktycznie wszyscy przeszli do kościoła katolickiego. Wówczas świątynię – kojarzącą się z zaborcą – spalono.

W takich warunkach usiłowali wyjść ze skutków wojny mieszkańcy gminy Fajsławice, a w tym i Dziecinina. Panowała bieda, głód. Wyczerpane organizmy łatwo ulegały chorobom. Jedna z takich „plag ” – krwawa dezynteria – dała o sobie znać w latach 1918 i 1919.

Choroba ta była infekcją bakteryjną lub wirusową, atakującą układ pokarmowy – głównie jelito grube, powodując uszkodzenie jego nabłonka. Wywoływała bardzo silne krwawe biegunki, czasem też wymioty oraz nietolerancję laktozy. Chorzy nie mogli więc pić mleka (wówczas główny składnik pokarmów). Następowało odwodnienie organizmu i często zgon. Dzisiaj wiadomo, że należy w takich razach uzupełniać płyny, podawać elektrolity i węglowodany. Wówczas jednak nie było ani tej wiedzy, ani dostępu do lekarza. Zapadali na dezynterię w większości domów prawie wszyscy członkowie rodziny, zarażając się od chorych.

Samej choroby można było uniknąć, gdyby zachowano odpowiednią obróbkę żywności, myto owoce, oraz spożywano je czystymi rękami. Niestety zabrakło wiedzy i warunków.

Ci, którzy uchowali się zdrowi, wynosili się z mieszkań, świadomi tego, że na nich spoczywa obowiązek utrzymania gospodarstwa. W okresie żniw, gdy w jednym z domów zdrowy był tylko jeden starszy syn, postanowił usprawnić sobie zbiór zboża kosą. Spotkało się to z ostrą krytyką sąsiadów z pobliskiej wsi, idących z zawieszonymi na ramionach sierpami. „Kto zboże kosą kosi, ten zimą chleba prosi” -ostrzegali.

Żniwo epidemii na wsi to liczne zgony – wśród nich seniorzy rodzin Bielaków i Szwajewskich.

Pomimo przeciwności, był wielki pęd do odbudowy i rozwoju. Na nowo działa spółdzielnia w Fajsławicach, W 1919 roku po raz pierwszy pojawia się tam punkt poczty.

Wraz z zakończeniem działań militarnych zaczęli powracać z frontu chłopi. Było to pokolenie ludzi, którzy jako dzieci przyjechali z rodzicami na rozprzedawany folwark. Byli w takim wieku, że myśleli o zakładaniu własnych rodzin. Kolejni odchodzący w ten sposób z domów dostawali „swoje” kawałki ziemi, a gospodarstwa ulegały szybko rozdrobnieniu i zubożeniu. Niejednokrotnie, zwłaszcza gdy zabrakło rodziców, takie sytuacje stawały się kością niezgody. Ci z rodzeństwa, którzy wcześniej odeszli ze swoimi częściami ziemi, żądali po śmierci rodziców, aby i im przydzielono jeszcze po kawałku, kosztem pozostałych w domu braci i sióstr. W ten sposób dochodziło już na starcie do znacznego zróżnicowania wielkości poszczególnych gospodarstw, nawet wśród bliskich.

Sposób zakładania rodziny nie wiele się zmienił w porównaniu do poprzednich pokoleń. Liczyło się, żeby panna była w kolejności: majętna, pracowita, ładna. Uczucia miały przyjść z czasem. Według takich kryteriów Jan, wróciwszy z wojny, rozglądał się za kandydatką na żonę. Naraił mu ją jego brat stryjeczny, który wcześniej sam się o nią starał, ale dostał „kosza”. Zdradził o kogo chodzi, żądając za przysługę worka pszenicy. Tym razem oświadczyny zostały przyjęte i w 1920 roku Frania stała się samodzielną gospodynią. Niestety, worek zboża nie trafił w odpowiednie ręce i stał się powodem niesnasek między kuzynami.

Murowany dom rodziców Jana wybudowany w pierwszym roku po przybyciu na Dziecinin, składał się z mieszkania i obory. W 1915 roku uległ spaleniu – zostały tylko mury. Część mieszkalną szybko odbudowano, zaś obora była pusta. Jan i Frania zamieszkali z matką i siostrami (w tym jedną zamężną) w jednej izbie. Szybko przystąpili do odbudowy i przystosowania dawnej obory na cele mieszkalne. Inwentarz trzymany był wspólnie, jak dawniej w byłej owczarni. Podobna sytuacja panowała w większości rodzin.

W dawnych czworakach mieszkały jeszcze 3 rodziny (wdowa po Wojciechu Buraku, w drugiej izbie Zofia i Tomasz Burak, w trzeciej Leon Burak. Po pewnym czasie dodatkowo, na bazie uszkodzonej części czworaka sześcioizbowego, wybudował zabudowania Jan Burak.

Ciężka sytuacja ekonomiczna i zachęcające opowiadania tych, którzy wyjechali do Ameryki (głównie Brazylia) spowodowały, że w pierwszych latach po wyzwoleniu następni postanawiają wyruszyć za ocean. Z okolicznych wsi wyjechało około 40 rodzin, między innymi Wójciki i Adamiaki. Z Dziecinina taką decyzje podjął Grzegorz P. Ożenił się wcześniej z dziewczyną służącą w majątku w Suchodołach, mieli dziecko. Synowa nie bardzo przypadła matce do gustu i nie mogli u niej mieszkać. Nie było też z czego żyć. Wyjechał na kilka lat do pracy, zostawiając żonę z dzieckiem w majątku. Wrócił dumny z zarobionych dolarów. Zamieszkali u rodziny Zawadów.

Nie mogąc zdecydować się na konkretny zakup, część pieniędzy wymienił na złotówki, które pożyczył sąsiadowi, a resztę gotówki trzymał w domu. W nie do końca wyjaśnionych okolicznościach pieniądze zostały skradzione, a inflacja, która wkrótce nastąpiła sprawiła, że oddana pożyczka niewiele była warta. Sprzedał kawałki ziemi jakie miał braciom, a sam znów wyjechał bez żony. Musiał być bardzo rozgoryczony, gdyż poza jednym wyjątkiem, zerwał wszelkie kontakty z rodziną. Po wielu latach jego chrześnicy udało się napisać do niego list, ale odpisał, że nie chce nikogo znać. Przyszedł z Ameryki także drugi list, napisany w tajemnicy przed nim. Okazało się, że tam założył nową rodzinę i nowa żona zobaczywszy adres – napisała. Odpisano jej, że tutaj jego żona i syn żyją i są nadal we dworze. Ten list trafił także do Grzegorza. Napisał tylko raz, że zrywa definitywnie kontakt ze wszystkimi.

Chociaż wojna się skończyła, nadal obowiązywał pobór do wojska. W maju 1919 roku 23 letni wówczas Paweł Szwajewski powołany zostaje do kawalerii w Ostrudzie. Nie brali go do tej pory, gdyż był brak rąk do pracy w gospodarstwie. Skoro jednak wrócił z wojny brat Jan, przyszła na niego kolej. Walczył z bandami litewskimi i łotewskimi, które napadały na polskie oddziały. Potem pełnił funkcję zaopatrzeniowca. To zajęcie było dobre, aczkolwiek stwarzało pokusę, żeby nie wszystkie pieniądze przeznaczone na paszę dla koni trafiały do sprzedających. Wrócił na żniwa po odsłużeniu dwóch lat i dwóch miesięcy.

Uruchomiona została szkoła – najpierw w Fajsławicach u Sosnowskiego, potem czteroletnia szkoła na Kolonii Łopieńskiej (dalsza nauka tj. klasy 5-7, możliwa była na Woli Idzikowskiej). Edukacja zaczynała się od 7-mego roku życia. Szkoła na Kolonii Łopieńskiej była jedną izbą w domu u Porosiły. Składały się na nią dwa rzędy ławek, stół, tablica, krzyż, piec, i skrzynka z grochem. Groch był formą kary – do klęczenia za jakieś poważniejsze przewinienia, wymagające dłuższego ich przemyślenia. Inne praktykowane kary to uderzenie linijką w dłoń (np. za to, że ktoś pisał lewą ręką), oraz sypanie soli na język (jeśli ktoś „pomagał” nim sobie przy pisaniu). Edukacja była za darmo, ale trzeba było kupić książki (najczęściej odkupywane od starszych uczniów), mieć jakieś ubranie trochę lepsze oraz oderwać się od pomocy rodzicom w domu.

Nauka trwała od września do ok.12 czerwca. Odbywała się w dwóch grupach: klasa 3 i 4, w godzinach od 8-mej do 11-tej, a potem klasy 1 i 2 od 11 do 14-tej. Oczywiście była tylko jedna nauczycielka. Dochodziła do pracy z Łopiennika Nadrzecznego, a potem z Dziecinina (mieszkała u Bednarczyka). Na zmianę, w trakcie lekcji, z jedną klasą rozmawiała, druga klasa w tym czasie miała pracę pisemną. Podstawowe przedmioty to były rachunki, język polski, rysunek, śpiew, religia, zajęcia praktyczne, ćwiczenia cielesne, przyroda. Rozpalanie zimą w piecu oraz porządek na przerwach zapewniał gospodarz domu. Jednego roku w maju, gdy dzieciaki chodziły do szkoły boso, spadł śnieg i dzieci z Kolonii Łopieńskiej przybiegły po nim do domu. Skończyło się przeziębieniami.

Dzieci oprócz nauki, musiały w domach pracować. Zwykle ich podstawowe zajęcie domowe to było wypasanie krów. Oczywiście nie było butów, żeby w nich iść do pracy czy do szkoły. Dobrze było, jeśli było co założyć do kościoła, czy późną jesienią. Wypasane były krowy na miedzach, w lesie, czy na wale oddzielającym pola od lasu. U Popławskich, Pawelców i Zawadów było po jednej krowie, więc jeśli się dało, wypasali za parę groszy także bydło innych rolników.

Pewnego razu Adam Zawada, wraz z młodszym bratem Stachem, paśli swoją krowę i dwie sąsiada. Nie było za bardzo dobrej trawy, więc postanowili pójść z krowami na pobocza szosy. Robili to bezprawnie, ale do tej pory się udawało. Traf chciał, że tym razem nadjechał na rowerze policjant. Był jeszcze daleko, zatrzymał się przy innym pastuszku. Starszy z braci obmyślił szybko strategię: on się schowa, a małemu Stasiowi nic władza nie zrobi. Gdy nadjechał groźny przedstawiciel prawa, wystraszony malec zaczął płakać. Na pytanie „jak się nazywasz?” wydusił z siebie „Adam wyłaź” – wzywając brata na ratunek – ale ten się nie pojawił. Policjant zapisał sobie coś w notesie i pojechał. Drugiego dnia zjawił się na wsi u sołtysa dopytując się gdzie mieszka rodzina Wyłaź – „Tu nikt taki nie mieszka” – padła odpowiedź – ,,A kto ma trzy krowy?” – ,,Nikt” – informuje sołtys. Policjant nie znalazł winnego, a oni nadal dorabiali sobie jak dawniej.

Czasami, po sianokosach, było większe, całodzienne wypasanie na łąkach za Dobryniowem. Trzeba było pędzić bydło kilka kilometrów. Najgorzej było, gdy rodzice kazali dodatkowo oprócz krów, brać ze sobą stado gęsi, które – zwłaszcza na powrocie – zmęczone co i raz przysiadały, i nie chciały iść dalej. Wypasanie na ścierniskach miało pewną zaletę. Wprawdzie po zbiorze zboża było zagrabione, ale zawsze jakieś kłoski pozostawały. Każdy dzieciak miał ze sobą pałkę i worek. Zebrane kłoski były dzięki nim od razu młócone na polu. Tak zdobyte ziarno zwykle rekwirowali rodzice. Czasem za to dawali parę groszy, a bywało, że nawet 2 złote (równowartość kilograma kiełbasy) na odpust. I chociaż taki pieniądz korcił, żeby go wydać, to jednak była świadomość ile pracy kosztował, więc najczęściej kupowało się szczypę, śliwkę, albo gruszkę, żeby podzielić się z rodzeństwem i jeszcze trochę grosza zaoszczędzić. Wolne (nieliczne) chwile spędzano na zabawie.

W tym okresie, jeśli zebrało się kilkoro dzieci, ulubioną zabawą była gra w pikola. Stawiano wbite w ziemię kije. Jedno dziecko , trzymając w ręce kij  ochraniało je przed przewróceniem , a pozostałe starały się – rzucając kijami ( mogło kilkoro równocześnie) przechytrzyć  broniącego. Trzeba było bardzo uważać, bo chwila nieuwagi kończyła się poobijanymi kolanami. Kto wywrócił kija, stawał się broniącym. Inna zabawa – preferowana przez chłopców, to było jeżdżenie na fajerce. Główny problem polegał na „zorganizowaniu ” całej fajerki z kuchni. Do tego dłuższy, sztywny drut, wygięty na końcu tak, żeby obejmował fajerkę od środka i gotowe. Naciskając na fajerkę drutem powodowało się jej toczenie – tym szybsze, im szybciej się biegło. W ten sposób można było się „przejechać ” (jeśli czas pozwalał) nawet do szosy, (gorzej było jak fajerka na kamieniu pękła i trzeba było wracać „na piechotę”). Zabawa ta dawała szczególnie dużo radości wieczorem, gdy dobrze było widać iskry padające od ocieranego metalu.

Oczywiście było też dużo okazji do robienia sobie różnych kawałów: wpuszczenia dziewczynom za koszulę żaby, czy wymalowania na Andrzejki wapnem okien w domach, gdzie były panny. Ciągły kontakt z przyrodą powodował, że niektórzy szczególnie upodobali sobie zwierzęta. Renek miał wiewiórkę, która po dwóch latach pobytu z ludźmi wybrała wolność. Potem miał bażanta, którego karmił wyciąganymi z mrowiska jajkami. Niestety, zadusił go tchórz. Następnie był bocian na jednej nodze, którego na łąkach odstąpili mu chłopaki za koszyk dzikich czereśni. Bociek przeżył całą zimę, ale wczesną wiosną, zadławił się kretem i zdechł. Była też sarenka, która dała się łatwo złapać – miała kokardkę na szyi. Wyrósł z niej ładny jelonek, który bardzo lubił dzieci ale za to z upodobaniem bódł dorosłych. Kiedy przyjechali Niemcy na kontrolę, zabrali go. Były też – jak u większości gołębie, króliki, czy pies.

Generalnie dzieci było dużo, nikt się nimi zbytnio nie przejmował i musiały wnosić swój wkład w walce o przetrwanie rodziny. Dorośli, tak jak dzieci, jeśli tylko pogoda pozwoliła, chodzili na bosaka. Buty były drogie, więc nawet na majówkę, czy w niedzielę do kościoła, wszyscy szli boso, i dopiero przy szosie koło cmentarza albo przy rzece czyścili nogi i zakładali niesione obuwie. Na organizowanych czasem potańcówkach też większość była boso. Podobnie oszczędzano na ubraniach. Kupowane najczęściej w Piaskach u Żydów, albo szyte przez nich na miarę, było wielokrotnie naprawiane, przerabiane, łatane, służąc kolejnym pokoleniom.

Każdy próbował zarobić parę groszy i oszczędzić na wydatkach. Kto miał więcej krów, gromadził śmietanę, masło i sery, z przeznaczeniem na sprzedaż w Piaskach. Podstawowe zakupy załatwiano zwykle sprzedając jajka – „na wymianę” – za towary w sklepie. Jajka miały dużą wartość (w porównaniu do dzisiejszej), podobnie jak odchowane bydło opasowe, za które można było dostać nawet 300 złotych. A była to wówczas wartość jednej morgi. Wprawdzie po żniwach krążyła po wsi młocarnia „świniarka” napędzana kieratem, ale wielu młockę realizowało we własnym zakresie, cepami w czasie zimy, oszczędzając na wydatku i jednocześnie pozyskując prostą słomę na strzechę. Ta pora roku to był też okres, kiedy na przykład łamano i wożono kamień, gromadzono piach i inne materiały z myślą o przyszłej budowie. Zimę wykorzystywano również do przecierania pni na deski do obicia stodoły. Oczywiście odbywało się to ręcznie, przez dwoje ludzi. W ciągu dnia byli w stanie wyciąć dwie deski, ale przez całą zimę nazbierało się tyle ile trzeba.

Profile produkcji niewiele się w tym okresie zmieniały. Główna uprawa to było zboże. Szkoda było pola na warzywa czy sad. Tylko nieliczni posiadali drzewa owocowe, chociaż był zbyt – skupowano wszystkie owoce, nawet dzikie czereśnie.

W skorowidzu miejscowości z 1924 roku, pod hasłem Dziecinin, istnieje informacja, mówiąca że znajduje się tam 12 budynków mieszkalnych, ogółem ludności jest 106 osób, w tym mężczyzn 43, a kobiet 63. Z całości, 102 osoby są narodowości polskiej i wyznania rzymskokatolickiego, 4 zaś narodowości żydowskiej i wyznania mojżeszowego.

Jak więc widać, już odbudowano dużo domów, ale średnie zagęszczenie wynosiło prawie 9 osób na dom. Nie oznacza to, że wszystkie rodziny były tak liczne. W niektórych domach – ze względu na ich brak, oraz sytuację majątkową – mieszkało „na komornym” po kilka rodzin. Interesująca jest informacja o czterech Żydach, którzy mieli zamieszkiwać w wiosce. Z przekazów ustnych od nikogo nie słyszałem, żeby kiedykolwiek mieszkali w Dziecininie. Nie wiem jak to tłumaczyć: błędem w zapisie, niepamięcią świadków, krótkotrwałym okresem. Może była inna przynależność administracyjna (np. rodzina Moszka z żoną  i synami Abramkiem oraz Lejbą  którzy  zamieszkiwali  dom przy rzece, w którym po wojnie skupowano owoce).  Dość, że Żydzi  na Dziecininie pojawiali się. Prowadzili swoje małe interesy, kręcąc się po okolicznych wioskach. Mieszkali natomiast głównie w Biskupicach, Łopienniku i Fajsławicach

Bednarczyk dość systematycznie wydzierżawiał posiadany sad staremu Żydowi, który stawiał ze słomy wśród drzew szałas i w okresie dojrzewania i zbioru dopilnowywał wszystkiego. Do zrywania owoców brał chłopaków ze wsi. Krążył wtedy pod drzewami zapatrzony w ziemię: jeśli leżało dużo pestek, pracownik tracił robotę.

Szaja i jego żona Ryfka należeli do biedoty żydowskiej. Często zachodzili do gospodarzy, skupując mleko. Każde z nich miało na noszach po dwa wiadra, a w ręku dzbanek albo bańkę. Żeby wiadra były napełnione do wierzchu i mleko nie rozlewało się po drodze, każde zaopatrzone było w odpowiedniej wielkości drewniany krążek. Tak obładowani szli do Piask, żeby na tym zarobić parę groszy. „Szaja ,…., Szaja” – wołała za mężem nienadążająca za nim kobiecina, ale nie spotykało się to z żadną jego reakcją – przygarbiony szedł przed siebie, coraz bardziej zwiększając dystans.

Co roku na wsi pojawiał się Żyd z Biskupic. Był krawcem i tam gdzie była potrzeba, z zakupionych przez gospodarza materiałów, obszywał całą rodzinę. Bywało, że w jednym domu miał robotę na 1 czy 2 tygodnie. Przez ten czas dostawał jedzenie i miejsce do spania. Obuwie najczęściej kupowano gotowe lub zamawiano u szewca w Piaskach. Dzieciaki chodziły czasem do rodziny żydowskiej w Łopienniku, gdzie za wykradzione z domu jajko można było dostać doskonałych, suszonych pestek z dyni.

Fragment pamiętnika Antoniego Bednarczyka

Przychodzili na wieś także i inni Żydzi, usiłując różnymi sposobami wcisnąć swój towar. Generalnie wspierali się nawzajem, starając się wyeliminować polską konkurencję. I tak na przykład krawcy żydowscy zamawiali materiał wspólnie, za ceny hurtowe, dzięki czemu mogli sprzedawać taniej. Na targu trzymali niskie oferty kupna. Poważny problem był w okresie rozwoju spółdzielczości. Chcąc nie dopuścić do jej powstania, Żydzi wychodzili na drogi dojazdowe i zatrzymywali chłopów ze zbożem, proponując im ceny wyższe niż oferowała spółdzielnia, tak, aby po jej upadku móc narzucać swoje warunki. Jedynie w świadomości rolników spółdzielnia mogła zawdzięczać przetrwanie w początkowym okresie rozwoju. W konsekwencji, stosunek mieszkańców do Żydów był raczej niechętny. Odbierano ich jako naciągaczy, trochę nimi gardzono. Bywało, że starsi podpuszczali chłopaków, żeby któremuś z takich brodaczy puścić w zarost bąka z guzika – nie dało się go już wykręcić – musiał obciąć trochę brody. Żyd skarżył się zwykle ojcu i było manto, ale brodzie to nie pomogło.

Zdjęcie wykonane ok 1935 roku. Dzieci z Dziecinina. Od lewej strony stoją Hela i Janka i Renek Szwajewscy, Kazik Kociubowski, Cech Bubicz, Janka Pawelec, Staśka Mrugała. Siedzą od lewej: Aniela Burak, Tadek Wasil, Marysia Wasil, Marysia Szwajewska, Janek Mrugała. Koc – tło, trzymają Jan Szwajewski i Mrugała, który Cechowi założył czapkę na bakier.

Oprócz typowych prac w gospodarstwie, jesienią trzeba było zdobyć opał na zimę. Węgiel był drogi, więc każdy szykował torf. Gdzie kto miał łąkę (najczęściej Brzezice i Toruń) wykopywano torf, suszono go i zwożono do domu. Jeśli pokłady były grube, używano pomp na kierat, żeby wypompować napływającą wodę i łopatami wybrać głębsze warstwy. Była to praca zespołowa i zwykle kilkudniowa. Na ten czas brano ze sobą jedzenie: chleb, ser, jajka, itp.

W niektórych domach, na potrzebę takich szybkich i sycących posiłków, zabierano po zabiciu świniaka, wewnętrzną warstwę tłuszczu przy żebrach – tzw. błonę – odpowiednio przygotowywano.

Połowa lat 30-tych. Wyprawa do kościoła

Była grubo posypana solą, którą wałkiem wciskano w tłuszcz, potem całość szczelnie zwinięta w rulon, obwiązana sznurkiem i powieszona w worku w sieni, nie psuła się i mogła czekać na amatora. Plaster takiej błony z chlebem i cebulą, popryskane octem, dawały siłę na długą i ciężką pracę. Bogate gospodarstwa w tym okresie należały do Bednarczyka i Krysy. Aby mogły sprawnie funkcjonować, wynajmowały do pomocy parobków i dziewczyny. Parobkowie mieli za zadanie wykonywać wszelkie ciężkie prace gospodarskie, dziewczyny – głównie w domu, opieka nad małymi dziećmi, gotowanie, obsługa inwentarza. Wynagrodzenie bywało różne, w zależności jak uzgodnili. Na ogół umowa dotyczyła jednego roku. Obejmowała spanie, jedzenie oraz zapłatę w przeliczeniu na zboże: dla parobka najczęściej 60 kg pszenicy i 60 kg żyta. Dziewczyna za rok pracy dostawała połowę tego.

Druga połowa lat 30-stych. Zdjęcie wykonane w maju, przy figurze.

W tamtym okresie 100 kg pszenicy kosztowało 12 do 14 zł, za 2 zł można było kupić chustkę na głowę lub 1 kg słoniny, 1 kg cukru kosztował 1 zł. Potrafiły być duże różnice w wynagrodzeniach, nawet rzędu 100 %. Różne były opinie o pracodawcach: np. Bednarczyka ceniono za to, że dobrze i rzetelnie płaci za robotę, zaś u Krysy chwalili dobre, obfite jedzenie – łącznie z podwieczorkiem. Różni bywali też służący: jedni sprytni i chętni do roboty, a inni tacy co porobili 1-2 tygodnie i rezygnowali narzekając np. że praca ciężka i jedzenie za tłuste. Niektórzy usiłowali też czasem jeszcze coś dodatkowo wycyganić – przy przecieraniu drzewa normalnie piła nierówno im szła, ale jeśli do obiadu był kieliszek gorzałki, to od razu był inny efekt. Te dwa najsilniejsze gospodarstwa miały służących do końca wojny.

U Bednarczyka jeszcze po wojnie jakiś czas służył Józef Adamowski – chłopiec pochodzący z Wołynia. Uciekł z stamtąd ze swoim ojcem, gdy Ukraińcy zaczęli mordować Polaków. Ojciec nie mając warunków na utrzymanie, zostawił go tutaj, żeby się nim zaopiekowano. Dziecko było zawszone, obdarte, zabiedzone, ale powoli doszedł do siebie. Po wielu latach utrzymywał jeszcze kontakt, wdzięczny za pomoc. Mieli służbę także inni, ale mniejsze ilości, czy też tylko okresowo – np. na czas odchowania niemowląt. Służba pochodziła głównie z biednych rodzin. Na Dziecininie od Kociubowskich na służbie było dwoje z czworga dzieci. Od Bubicza pięcioro z sześciorga rodzeństwa. Od Błaziaka – dwoje i od Buraka jedno. Część z nich pracowała na Dziecininie, a część poza.

1-szego maja 1932 roku trzech gospodarzy: Jan Burak oraz bracia Jan i Paweł Szwajewscy, wspólnie postawili Krzyż na skrzyżowaniu dróg na wsi. Od tej pory, stał się on miejscem wspólnych modlitw majowych, czy święcenia koszyków wielkanocnych.

Zdjęcie szczytu obory. Pomimo braku funduszy, zadbano o estetykę wykonania:  rok wybudowania, a nad nim wykuty w kamieniu „ zegar ”

W tym okresie pojawiają się nowinki techniczne na wsi: rower i patefon. Pierwszy rower nie należał do mieszkańca wioski, ale do kawalera, który nim przyjechał do tutejszej panny. Pełny szyk: rower, rękawiczki, marynarka. Miejscowa kawalerka – pewnie z zazdrości – podpuściła smarkaczy i ci w rękawiczki wrzucili świeżego, kurzego łajna.

Patefon na korbę, z płytami, przyjechał przy okazji odwiedzin rodziny. Wystawiona przez okno tuba stała się pretekstem do zorganizowania potańcówki. Pierwszym właścicielem roweru na wsi był w 1939 roku Adolf Kociubowski.

Lata 30-ste . Kawalerka z Dziecinina

Pojazd był firmy Gromada i kosztował 96 zł (krowa kosztowała wtedy 100 -180 zł).

Lata 30-ste, to wielki, światowy kryzys ekonomiczny. W Polsce trwał on od 1930 do 1935 roku. Panowało wielkie bezrobocie, spadek wartości – głównie produktów rolniczych i jednocześnie szybki wzrost cen. W najgorszych okresach pracownicy otrzymywali wypłaty codziennie, tak aby szybko pobiec do sklepów, i zrobić zakupy. Przedstawiciele spółdzielni spotykali się codziennie na koniec dnia i ustalali o ile zmienić ceny, żeby następnego dnia dało się coś kupić za pozyskane ze sprzedaży pieniądze.

Oczywiście nie pozostało to bez konsekwencji na życiu mieszkańców wioski. Jeszcze przed kryzysem w wielu domach było bardzo ciężko. Jeżeli rodzina pięcioosobowa dysponowała 1-nym hektarem ziemi, to jak mogło być lekko?

Kryzys spowodował, że z większą siłą dał o sobie znać wpływ biedy oraz ciągotki do łatwiejszego życia. Znacznie częściej zaczęły występować kradzieże. Szukano w zabudowaniach, ale ponieważ były ciągle na oku właściciela, niejednokrotnie kradzieże miały miejsce na polach – np. ustawionego w dziesiątki zboża. Rabunków dokonywano głównie nocami – powstało powiedzenie: „ kto nocą nie śpi, ten wszystko ma”. Sprawcami byli mieszkańcy okolicznych wiosek ale także i miejscowi. Trzeba jednak zaznaczyć, że nie dotyczyło to wszystkich ubogich rodzin. Byli i tacy, u których wcale nie było lepiej, a mimo to, ich moralność nie pozwalała im na to, i czy to szukając roboty choćby na złych warunkach, czy też zaciskając bardziej pasa, żyli tak, że nikt o nich złego słowa nie powiedział.

Poniżej przedstawiona jest mapa z 1938 roku. Tak jak poprzednio, obarczona jest błędami. W tym okresie nie istniała już cegielnia widoczna w lewym górnym rogu, u zbiegu szosy i drogi do dawnego folwarku. Droga ta, podobnie jak prowadząca ze wsi do szosy, obsadzone są drzewami. Nie było to już aktualne. Podobnie, nie odpowiada rzeczywistemu układowi położenie budynków poszczególnych gospodarstw – np. brak budynków za Burakiem w stronę Kol. Łopiennik. Widać za to dobrze, że wioska składała się z dwóch części: Jednej, znajdującej się w lewym górnym rogu, nad cegielnią, oraz drugiej, powstałej na miejscu budynków folwarku.

Mapa Dziecinina z 1938-go roku

Koniec części V

Kolonia Suchodoły „2” i okolice – dzieje Dziecinina. Część I

Kolonia Suchodoły „2” i okolice – dzieje Dziecinina. Część II

Kolonia Suchodoły „2” i okolice – dzieje Dziecinina. Część III

Kolonia Suchodoły „2” i okolice – dzieje Dziecinina. Część IV

Sprawdzenie i korekta tekstu: Ja Janusz Pawelec i Izabela Stępniak

O autorze:

Źródło zdjęcia: http://teatrnn.pl

Janusz Szwajewski ur. 8.12.1957 r. w Lublinie, dzieciństwo spędził na Dziecinie. Absolwent  III LO w Lublinie oraz Akademii Rolniczej w Lublinie – Wydział Techniki Rolniczej (1980 r.). Ukończył także Zaoczne Technikum Pszczelarskie, oraz posiada tytuł mistrza instalacji sanitarnych. Pracował w Zespole Szkół Techniki Rolniczej w Piotrowicach k. Lublina. Udzielał się także społecznie,  między innymi jako prezes Stowarzyszenia Emaus.

Please follow and like us:
0