Kolonia Suchodoły „2” i okolice – dzieje Dziecinina. Część VI – Druga wojna światowa (cz. 3)

Kolonia Suchodoły „2” i okolice – dzieje Dziecinina. Część I

Kolonia Suchodoły „2” i okolice – dzieje Dziecinina. Część II

Kolonia Suchodoły „2” i okolice – dzieje Dziecinina. Część III

Kolonia Suchodoły „2” i okolice – dzieje Dziecinina. Część IV

Kolonia Suchodoły „2” i okolice – dzieje Dziecinina. Część V

Kolonia Suchodoły „2” i okolice – dzieje Dziecinina. Część VI (1)

Kolonia Suchodoły „2” i okolice – dzieje Dziecinina. Część VI (2)

Druga wojna światowa (Część 3)

Przestępczość

Ciężkie warunki życia, powodowały, że niektórzy wybierali „łatwy chleb”. Grabieży nie dokonywano oczywiście tak, żeby wszyscy o tym wiedzieli. Ludzie domyślali się jedynie kto okradał, a dowody nieraz pokazywały się w postaci złotych i srebrnych ozdób, którymi przed kolegami „w tajemnicy” chwaliło się młodsze rodzeństwo sprawców kradzieży.  Z czasem już nie wystarczało żerowanie na obcych. Łatwiej było podkradać wśród swoich, pod bokiem.  Piotr M. nie miał swojej sieczkarni, chodził więc do sąsiada, żeby skorzystać z jego maszyny. Przy okazji podkradał suche liście tytoniu (z legalnej uprawy) swojego nie miał. Kiedy Niemcy znaleźli je u niego, zaczął prosić okradanego, aby zeznał, że to są jego i tylko u Piotra je suszył.

Podobnie brat Piotra wykradł znajomemu przechowywane sadło, a potem bez żadnego skrępowania powiedział mu, że dobrze zrobił, bo było bardzo gorzkie i pewno potruł by dzieci. Nie oznacza to, że pod tym względem na Dziecininie było najgorzej. Przeciwnie, o ile tutaj było to raczej podkradanie, to w sąsiednich wsiach niejednokrotnie miały miejsce napady na współmieszkańców połączone z kradzieżami świń, krów, czy też wręcz zabójstw na tle rabunkowym – jak np. księdza Wacława Czechońskiego w Fajsławicach.

Czas wojny, to okres, w którym wielu ludzi zmieniło miejsce przebywania. Niektórzy zatrudnili się jako pomoc w określonym gospodarstwie (jw. u Bednarczyka, czy Jakub Smoliński z grodzieńszczyzny – u Mazurki). W domu Popławskich była ciężka sytuacja. Popławski zajmował się szmuglem. Został złapany i wysłany do obozu. Po około roku zwolnili go, ale wrócił chory i pod koniec wojny zmarł. Zamieszkała u nich rodzina Rojków: Aleksander z siostrą Genowefą i rodzicami. Kobiety zajmowały się domem, ojciec wynajmował się dorywczo u chłopów albo pracował w majątku na Zosinie. Mieszkali na wsi przez całą wojnę, a potem wrócili w swoje tereny – pod Łódź.

Opieka zdrowotna

Dla mieszkańców wsi poważny problem stanowiła możliwość leczenia się. Z chorobami starano się w pierwszej kolejności radzić samemu: bańki, wygrzewanie, na bolące zęby naniesiona watą kropla kwasu siarkowego (chwilę zapiekło, ząb spalony, ale już nie bolał). Gorzej było w cięższych przypadkach. Czasem udawano się do Siedlisk, gdzie był niemiecki lekarz – przecinając wrzód powstały po ciężkim przeziębieniu, sprawił, że Janka Pawelec doszła do zdrowia.

Hela Szwajewska pasła krowy. Owinęła sobie łańcuch dookoła ręki, położyła się na zimnej ziemi i usnęła. Doszło do silnego przeziębienia, w wyniku którego nie mogła swobodnie oddychać. Ojciec zawiózł ją do Trawnik, licząc na to, że uda się skorzystać z pomocy żydowskiego lekarza, znajdującego się w obozie.  Nie pomogły żadne znajomości – Niemcy nie wyrazili zgody na wyjście poza druty. „Na pociechę” od przyglądających się zipiącej dziewczynce ojciec usłyszał tylko: „Pawluś, to dziecko nie będzie ci żyło”. W końcu w Biskupicach, gdzie przyjmował lekarz z Jaszczowa, stwierdzono wodę w prawym płucu. Doktor kazał kupić ceratę, skrapiać ją denaturatem i tym owijać córkę. Metoda prymitywna, ale pomogła.

Bożenka nie miała tyle szczęścia. Zachorowała. Wizyty u lekarzy w Piaskach i Krasnymstawie niewiele dawały. Stan wojny nie pozwalał na poszukiwanie pomocy gdzieś dalej. Coraz słabszą, wynoszono pod orzech na słońce, ale ostatecznie zmarła na nieznaną chorobę. Niemcy obawiali się bardzo tyfusu. Wojciech Burak zachorował na niego i w trakcie pobytu w szpitalu zmarł. Nie pozwolono przewieźć ciała do domu i pochowano go w Krasnymstawie.

Żydówka Cesia

Na Dziecininie nie było Żydów, ale w czasie wojny miał miejsce pewien epizod. W sierpniu 1942 r. na wsi pojawiła się żydowska dziewczynka. Mówiła dobrze po polsku, była bardzo ładna, wyglądała na ok. 11 -12 lat. Prawdopodobnie była to ta sama, która tego dnia rano wędrowała przez Kolonię Łopiennik Dolny. Jej opis pokrywał się z tą z Dziecinina. Ta z Kolonii Łopiennik zaszła do Stasieczków, u których była Maria Hawrył, sąsiadka. Kobiety rozpoznały dziecko. Wcześniej chodziły na handel do jej rodziców w Łopienniku Dolnym. Dały jej chustę, coś z ubrania i wysłały dalej. Prawdopodobnie cała rodzina żydowska ukrywała się w piwnicach nadleśnictwa –  dawnego dworu i mając nadzieję, że może dziecko się uratuje – wysłali je w świat.

Na Dziecininie dziewczynka pojawiła się przed wieczorem. Była wygłodniała, zawszona, zaniedbana. Idąc przez wieś zaglądała do gospodarstw, ale każdy się obawiał, wiedząc, że za pomoc grozi kara śmierci. Tak przywędrowała do studni, gdzie w tym czasie było kilka osób.  Ulitowała się nad nią Franusia i choć miała swoich troje, zabrała ją do domu. Zawszone ubranie spaliła, obcięła włosy, wykąpała. Szwagierka, która miała córkę w podobnym wieku, podarowała ubrania. Dziewczynka pozostawała w domu do Bożego Narodzenia. Nie zdradzała jak się naprawdę nazywa –  kazała mówić na siebie Cesia. Dla bezpieczeństwa nie kazano jej wychodzić na dwór, co spotykało się z jej rozżaleniem. Brat gospodarza – Paweł wybrał się do młyna i spotkał tam kolegę z wojska – Bronisława B., który zaczął się żalić, że nie ma dzieci. Paweł opowiedział mu, że po sąsiedzku przyszło dziecko, niech przyjedzie, to może mu je dadzą. Tak też się stało. Nie wiem szczegółowo jaki był dalszy los Cesi.

Jakiś czas była u przybranych rodziców.  Jedna z wersji dalszych wydarzeń mówi, że Bronisław był zaproszony na wesele. Wzięli dziecko ze sobą i ktoś dolał jej do napoju bimbru. Alkohol zrobił swoje i zaczęła śpiewać po hebrajsku. Do komendanta policji w Fajsławicach trafił donos, że u Bronisława jest Żydówka. Komendant przyszedł do B. w nocy i powiedział mu o tym. Bali się zlekceważyć sprawę – w Piaskach za nieprzekazanie dalej donosu, naczelnik poczty trafił do obozu. Postanowili, że gospodarz zawiezie dziecko do obozu w Trawnikach (jako znalezione) i weźmie poświadczenie jej dostawy od Niemców. Tak zrobili. Dramat wojny: chęć pomocy, strach, ludzka podłość i próby wyboru mniejszego zła.

Trzeba zaznaczyć, że na Dziecininie, chociaż przez dłuższy czasu bardzo dużo ludzi wiedziało o Żydówce, nikt tego nie zdradził. Na dodatek syn Franusi wygadał się w szkole kolegom i część z nich przyszła do domu, żeby zobaczyć Cesię. I to też nie zakończyło się tragedią.

„Królik”

Wśród „warszawiaków” przyjeżdżających na wieś, za żywnością, ryzykujących życiem dowiezienie jej do miasta, był człowiek, którego wszyscy nazywali „Królik ”. Nie ustaliłem jak się naprawdę nazywał. Jego nazwa wzięła się stąd, że trudnił się skupowaniem na wsiach króli. Robił to legalnie, miał niepodrabiane papiery, zaświadczające, że skupowane zwierzęta są na potrzeby zakładu produkującego szczepionki od tyfusu.

Choroba ta (w zależności od rodzaju „europejski” czy „szczurzy”) roznoszona jest przez pchły albo wszy. Rozwija się przez 14 dni. Wywołuje bóle głowy, mięśni, krwotoczną wysypkę, zaburzenie pamięci. Bez leczenia 10-60% ludzi umiera – szczególnie starszych po 60-tce. Powoduje bardzo niebezpieczne powikłania: zapalenia płuc, nerek, opon mózgowych, zakrzepowe żył. Niemcy panicznie bali się jej, chociaż już w 20-tych latach Polak ze Lwowa Rudolf Weigl wynalazł na nią szczepionkę.

„Królik” zakupione futrzaki umieszczał w specjalnych klatkach Składały się z trzech części: dwóch bocznych, w których przetrzymywał zwierzęta, oraz środkowej, przeznaczonej na paszę dla nich. Każda z tych klatek zaopatrzona była w tabliczkę z napisem w języku niemieckim, ostrzegającym, że mają coś wspólnego z chorobą. Pełne klatki wywożone były wynajętą furmanką do Trawnik, a następnie pociągiem do Warszawy. Z powrotem wracały nieoczyszczone, pełne jakichś śmieci, papierów.

Nie było by w tym nic niezwykłego, gdyby nie to, co zauważył wynajmowany zawsze, ten sam furman: miał za zadanie tak powozić, żeby dojeżdżać na stację bezpośrednio przed odjazdem pociągu, a nieraz wręcz dochodziło do tego, że kolejarze przedłużali odjazd, oczekując na Królika. Podobno był on przedstawicielem – łącznikiem AK na ten rejon. Część klatki przeznaczona na paszę, służyła także do przewożenia pism, broni, a czasem żywności. Krążąc po wsiach, w sposób nie rzucający się w oczy przekazywał instrukcje i odbierał meldunki. Niemcy ze względu na treść tabliczek profilaktycznie obchodzili klatki z daleka. Ich kontrolę powinni przeprowadzić w Trawnikach, ale układ z kolejarzami powodował, że nie bardzo było, kiedy przyjrzeć się dokładniej klatkom, a i tam też brakowało amatorów do sprawdzania. „Królik” na wsi nocował u swojego „furmana” i po znajomości przywiózł mu z Warszawy żeliwne żarna, które znacznie ułatwiły uzupełnianie zapasów mąki. Pojawiał się na wsi jeszcze przez krótki czas po wyzwoleniu.

Zbrojne podziemie

Okres wojny, to czas powstawanie państwa podziemnego, z jego zbrojnym ramieniem – AK i BCh. Już w 1940 roku zaczęły powstawać pierwsze grupy zbrojne. Należało by tu wspomnieć o „Baonach Zemsty” (baon czyli batalion), utworzonych w Piaskach, których władze stanowili członkowie zarządu tamtejszej spółdzielni, będącej pod kierownictwem pochodzącego z Dziecinina Antoniego Bednarczyka. Niestety, w tamtym okresie umiejętności konspiracji pozostawiały jeszcze dużo do życzenia. W konsekwencji w krótkim czasie doszło do „wpadki” i organizacja praktycznie przestała istnieć.

Na terenie gminy najaktywniej działały Bataliony Chłopskie. W 1942 r. Bogusław Bubicz – pseudonim Bohun, dowodzący później dwunastym plutonem w Woli Idzikowskiej zaczął tworzyć jego rdzeń. Niemcy wiedząc o jego zadaniach, poszukiwali go. Ukrywał się w lasach za Ksawerówką, co nie zmniejszyło aktywności partyzanta. Największy nabór do oddziału miał miejsce w 1943 roku. Obsadzanie poszczególnych funkcji wymagało zaufania oraz umiejętności wojskowych. Bohun miał na Dziecininie upatrzonego Adama Wasila. Obaj pochodzili z Woli i przeszli walki wrześniowe. Adam w pierwszej fazie zajął się doborem kandydatów do powstającej na wsi, oddzielnej drużyny, podległej dwunastemu plutonowi. Gdy grupa została zebrana, doszło do jej zaprzysiężenia. Bohun został podprowadzony przez oddział do cmentarza wojennego przy szosie. Tam przebrał się w kobiece ubranie i przyszedł na wieś. Przysięga miała miejsce w dzień, koło południa, na terenie – obecnie – gospodarstwa Kazimierza Kociubowskiego, w stodole. Przyniesiono krzyż i dziewięciu młodzieńców złożyło przysięgę.

Zachowana notatka z przysięgi: jej data, pseudonim oraz przynależność organizacyjna

Od tego momentu, jak to określił „Powój”: „trzeba się już było bać, żeby jakiegoś szpicla nie było”. Niemcy stosowali zasadę odpowiedzialności zbiorowej i za każdą zbrojną akcję wymierzoną przeciw ich obywatelom mordowali niewspółmiernie dużo niewinnych ludzi. Myślę, że bardzo rozważnym było z tego względu wstrzymywanie się – na ile było to możliwe – z takimi działaniami do „lepszego” czas, gdy już nie będą mogli mordować zakładników. Dlatego podziemie główny nacisk kładło nie na zwalczanie Niemców, a na zdobywanie uzbrojenia i wyposażenia, szkolenie się, zwalczanie bandytyzmu, złodziejstwa, konfidentów. W ten sposób minimalizowali agresję okupanta, zapewniając mieszkańcom podstawowe bezpieczeństwo. Podobne cele stały przed drużyną z naszej wioski. Jej pierwszym dowódcą został Aleksander Rojek – pseudonim „Długi”.

W początkowym okresie drużyna skupiała się na uzupełnianiu uzbrojenia i amunicji, oraz szkoleniu. Wielu spośród nich miało ukrytą broń jeszcze z września, ale nie wystarczało jej dla wszystkich. Przechowywano ją w skrytkach na terenie gospodarstw rodziców. W małych grupach ćwiczenia z budowy broni, jej składania, konserwacji itp. odbywały się w domach. W trakcie takich ćwiczeń z bronią jeden z najmłodszych członków drużyny – Herman – odstrzelił sobie palca u nogi.

Raz w tygodniu, po zmroku, zbierali się i szli do „krzaków” – miejsca po dawnym kamieniołomie. Zajęcia trwały całą noc, czasem połączone ze strzelaniem. Oczywiście obowiązywała tajemnica, ale nie zawsze dało się ją utrzymać. Co z tego, że nie było nic widać, skoro w czystym powietrzu z daleka można było usłyszeć wydawane komendy typu: „Maniek lewa noga”, czy „Stachu równaj”. Wszyscy wiedzieli kim mógł być w takiej małej wsi Maniek, Stach, czy ktoś inny.

Młodsze rodzeństwo podglądało braci i było tylko kwestią czasu, żeby podpatrzeć, kiedy i jak ćwiczą w domu, czy też, gdzie ukrywają swoje karabiny. Na tej zasadzie Janka „szantażując” brata, że wszystko powie mamie, wymusiła, żeby jej dał postrzelać (bez amunicji) z pistoletu. Renek przyuważył, że brat znika z karabinem w komórce na torf. Długo szukał miejsca, gdzie ją chowa. W końcu odkrył. Oprócz opału, była też tam skrzynka na sól. Pod nią, zakopana pionowo w ziemi i przysypana ziemią, była druga skrzynia, do której była wsunięta broń i amunicja. Od tej pory co jakiś czas „podbierał” naboje, tak, żeby się nie wydało. Były mu potrzebne – znalazł kawałek rurki, która akurat średnicą pasowała do pocisków. Zrobił sobie swój „karabin”, z którego „strzelał”, gdy pasł krowy.

Potrzebne uzbrojenie i wyposażenie   czasem odbierano policjantom, zasadzając się przy szosie. Było to niebezpieczne – gdyby natrafili na większy oddział, mogło by dojść do dużych strat w ludziach, a jak wspomniałem, ważnym było, aby odbywało się to bezkrwawo. Pewniejsze było pozyskiwanie wszystkiego przez zakupy z różnych źródeł. To z kolei wymagało funduszy. W skali gminy zdobywano je różnie: dawali właściciele majątków, przejmowano transporty „chodliwych” towarów (np. spirytus czy skóry).

Na Dziecininie też usiłowano pozyskać fundusze. Z reguły polegało to na wyprawach do majątków (najczęściej Zosin) i zabieraniu świni, którą następnie zabijano, robiono wyroby, a te z kolei „Długi” sprzedawał handlarzom, lub Żydom z obozu w Trawnikach. Patrząc na to wszystko dzisiejszymi oczami, nie jestem przekonany, że taki sposób był najwłaściwszy. Przecież majątki współpracowały z Batalionami Chłopskimi i wychodzi na to, że okradano swoich.

Takie błędy popełniały także inne ugrupowania. Pewnego razu do zastępcy sołtysa na Dziecininie przyszli partyzanci, z żądaniem, aby wydał im pieniądze zebrane z podatków. Ponieważ miał je sołtys z Woli – kazali się do niego zaprowadzić. Gdyby przejęto te pieniądze po ich zdaniu do urzędu, to jest to do zaakceptowania, ale tak jak to zrobiono, narażało życie sołtysa. Podobnie źle rozegrana była sytuacja pod koniec wojny. Na Dziecininie, koło studni rozmawiał z mieszkańcami żandarm niemiecki – stosunkowo przyzwoity i życzliwy ludziom. Przez wieś akurat przechodził jakiś obcy oddział. Niemiec udawał, że ich nie widzi, ale oni – może obawiając się, że ich zdradzi – zastrzelili go. Trzeba było jakoś ukryć ciało. Adam Wasil w przybudówce miał wóz. Wyciągnął go z Kociubowskim i tam je zakopali. Niewiele brakowało, żeby za zabójstwo cała wieś poszła z dymem, a ludzie zginęli. Uratował ich chyba tylko bałagan związany z nadchodzącym frontem.

Sposób zdobywania funduszy wymagał uczciwości w rozliczaniu, ale też stwarzał pokusę.  Z czasem wyodrębniła się grupka z drużyny, która wychodząc z założenia, że i tak nikt nie wie, ile naprawdę pozyskiwano mięsa, część zdobyczy przeznaczała dla siebie. Poczucie siły jakie dawała posiadana broń, chęć odreagowania napięcia oraz brak wyraźnych norm moralnych sprawiały, że czuli się bezkarni i pozwalali sobie na coraz więcej. Już nie dbali o konspirację, tylko w środku nocy, na „cyku”, z pieśnią na ustach wracali ze zdobyczą do domu. Zaznaczam: nie dotyczyło to całej drużyny z Dziecinina. Do tych rozrywkowych – na zasadzie „ciągnie swój do swego” – dołączył mieszkający na Woli Idzikowskiej Jan S. Niestety, dowódca drużyny nie potrafił zareagować, czy też niebyt poważnie potraktował problem i nie doszło do zdecydowanej zmiany w ich zachowaniu.

Zabójstwo Józefa Rożka

Zaowocowało to ostatecznie dramatem, zamordowano zarządcę majątku Zosin – Józefa Rożka. Nie jest znana do końca przyczyna nieszczęścia. Jedni mówili, że Rożek był niedobry dla ludzi i chciano go tylko „nastraszyć”. Inna wersja mówi, że członek drużyny z Dziecinina – Witold Z. „smalił cholewki” do córki zarządcy. Ten jednak – wiedząc kto zacz – absolutnie nie wyrażał na to zgody. Nie są to jednak prawdopodobnie prawdziwe powody. To co się wówczas wydarzyło, opowiadała po wojnie między innymi żona zabitego, która z teściową i córkami była świadkiem całego zajścia.

Pewne jest, że dniu 7 listopada 1943 roku, Rożek wraz z żoną i dziećmi był zaproszony na wesele Janiny Juszki. Przybyli tam także „rozrywkowi” partyzanci z Dziecinina Wacek K., Józef P., bracia Adam i Witold Z, oraz z Woli Jan S. Byli już podpici. Zaczęli „rządzić” całym weselem, ustawiać wszystkich po kątach. Pili i kazali muzykantom grać. W pewnej chwili Rożek powstrzymał grającego akordeonistę, po czym opuścił mieszkanie wraz ze swoją rodziną. Udali się do swojego mieszkania.

Było już po północy, kiedy niespodziewanie wtargnęli do niego mężczyźni. Mieli wymazane na czarno twarze, czapki naciągnięte na oczy, mówili „łamanym” rosyjskim. Pomimo tego łatwo było poznać, że byli to nieproszeni goście z wesela. Nie było wśród nich Józefa P. Nie wiadomo czy poszedł do swojego domu, czy był na zewnątrz. Udawano jednak, że ich nie znają (podczas napadu na księdza zastrzelono go, gdy ten odezwał się do rozpoznanego sprawcy po imieniu). Wyciągnęli Rożka do sieni i tam zaczęli bić. Przerażone kobiety (żona ze swoją matką) i córki zostały w pokoju. Prawdopodobnie bijącym był Jan S. Na koniec zarządca został uderzony w głowę motyką. Po tym sprawcy oddalili się i matka ze starszą córką (była w AK, ukończyła kurs pierwszej pomocy) wbiegły do sieni. Rożek jeszcze oddychał, ale córka chcąc go ratować, gdy natrafiła na głowie na fragmenty mózgu, zrozumiała, że nic już się nie da zrobić. W tym czasie Adam Z. wpadł do pokoju i wywrócił na podłogę stojący tam kredens. Po krótkim czasie oprawcy powrócili mówiąc, że zabiją i starszą córkę. Wyciągnęli ją na zewnątrz, ale potem puścili – być może na skutek interwencji jednego ze sprawców. Niewiasty były przerażone, zastraszone.

Trzeba zaznaczyć, że całe to zajście było samowolą. Niezależnie od późniejszych uzasadnień, nie było żadnego wyroku sądu podziemnego na Rożka ani rozkazu ze strony władz BCh. Sprawa szybko stała się głośna. Chociaż kobiety nic nie mówiły, informacja dotarła do władz BCH. Do córki Rożka przyszła jej przyjaciółka Genowefa W. (członek ruch oporu) i poznała wszystkie szczegóły. Sąd podziemny wydał wyrok na winnych. 30 grudnia, tegoż roku, w nocy, na wieś przybyła grupa dowodzona przez Żelaznego. Musieli mieć dobry wywiad – znajdował się tu także Jan S. Nie wiedzieli tylko, w którym jest domu. Przebywał on wówczas u kolegi – Józefa P. Gdy ojciec kolegi poinformował go, że jest szukany, schował się pod łóżko, a potem tylnymi drzwiami uciekł na pole i do domu. Grupa egzekutorów w tym czasie napotkała pełniących straż nocną wartowników i odnalazła przebywającego u sąsiada jednego ze sprawców – Witolda Z.  Chcąc go upokorzyć, założyli mu na szyję pętlę z paska od spodni. Następnie zaprowadzono go na podwórko jego rodziców i tam zastrzelono. Tej nocy udali się także do Wacka K., którego bardzo dotkliwie pobili.

Po tym wydarzeniu drużyna została w znacznym stopniu rozproszona. Jan S. ukrywał się początkowo na Kolonii Łopieńskiej, a potem na Woli. Chodził po wsi z pistoletem i odgrażał się, że zabije każdego, kto będzie chciał mu coś zrobić. Nie wiadomo, kto potem zdecydował (Bohun w tym czasie był na wyjeździe), że uznano sprawę za zamkniętą: jedno życie za życie wystarczy.

Jedna z wersji relacji mówi, że gdy przyszli Rosjanie córka Rożka złożyła do nich doniesienie na Jana S. – zabójcę ojca. Ten stawił się przed oficerem i wyjaśnił, że zlikwidowali zarządcę, gdyż wywoził nocami, do obozu w Trawnikach Żydów, ukrywających się w należących do majątku stertach słomy. Na świadków podał dwóch fornali: Antoniego S. oraz T., którzy mieli przygotowywać Rożkowi wóz do tych wyjazdów. Po zeznaniach świadków, Jan S. został zwolniony. Czy rzeczywiście Rożek to robił – nie wiem, nie sądzę. Myślę jednak, że dla bolszewickiego oficera zabicie w tamtych czasach „zarządcy znęcającego się nad klasą robotniczą” mogło być poczytane tylko za coś dobrego, niezależnie od tego z jakich pobudek to uczyniono i nie widział potrzeby, żeby za to karać. Wersji tej (donos i wezwania przez Rosjan) nie potwierdzają też członkowie rodziny. Całe wydarzenie zaciążyło na nich rozstrojem nerwowym, lękiem przed wychodzeniem z domu i spotkaniem z którymś z oprawców.  Natomiast pewne jest, że gdy doszło do parcelacji majątku Zosin, mieszkańcy poparli przydzielenie wdowie mieszkania i działki gruntu – a więc nie czuli do niej jakiejś szczególnej niechęci.

Zasługi partyzantki z Dzicinina

Pan Janiak nie wymienia w swojej książce członków drużyny z Dziecinina jako tych, którzy brali udział w bardziej znanych akcjach BCh. Jednocześnie w wielu miejscach zaznacza, że oprócz wymienionych z imienia i nazwiska byli także i inni. Nie mam żadnych pisemnych potwierdzeń, natomiast na podstawie ustnych relacji (nie wiem na ile wiarygodnych), mogę powiedzieć, że także „nasza” drużyna miała swoje zasługi. Jedna z akcji w jakiej brała udział część jej członków polegała na przechwytywaniu broni na szosie od przejeżdżających. Były utworzone dwie grupy. Jedna zatrzymała samochód, druga stanowiła obstawę. Część pozyskanej broni trafiła do drużyny, część zabrał Żelazny dla swoich ludzi.

We wrześniu 1943 roku jeden z uczniów idących do szkoły na Wolę zobaczył z daleka coś białego. Myślał, że to pies, ale wkrótce okazało się, że jest to ciało Władysława Ł. Był tylko w kalesonach i koszuli. Zginął od strzału w tył głowy. Został zastrzelony na mocy wyroku sądu podziemnego jako kara za napad i zabójstwo proboszcza z Fajsławic. Wyrok wykonany zostało przez Tadeusza B. z Dziecinina i Józefa G. z Łopiennika Górnego.

Podczas akcji odbijania więźniów z Krasnegostawu, członkowie naszej drużyny mieli się stawić na zachód słońca, w lesie osińskim w sikorzanym dole. Było tam zgromadzonych kilka grup z różnych miejscowości. „Nasi” pełnili funkcję zabezpieczenia za Łopiennikiem w lesie przygotowane były kloce sosnowe, połączone łańcuchami oraz brony. Położono je w poprzek szosy, aby w razie czego nie dopuścić do przybycia od strony Lublina samochodów ze wsparciem dla Niemców. Podobnie było z udziałem w słynnej akcji zdobycia skór, gdzie jak pisze p. Janik brali udział mieszkający najbliżej miejsca akcji. Jak opisuje, każdy z biorących udział dostał skóry na buty. Nie wspomina natomiast o tym, czego się dowidziałem od „Powoja”: „oprócz skór było tam też trochę cukru i smalcu. Cukier schowałem najpierw u ojca na górce w stodole, a potem było to podzielone na wszystkich. (biorących udział w akcji). Każdy dostał skóry na buty, trochę cukru i smalcu. Wszystko było w tajemnicy, ojciec wiedział tylko trochę o cukrze”. W maju 1944 roku – jak wspomina p. Janik – Tadeusz Burak z Dziecinina przywiózł wozem konnym z Bzitego 15 karabinów, wcale ich nie ukrywając.

Jak widać nie było tak źle z „naszymi” i – chociaż generalnie mieszkańcy nic o tych działaniach nie wiedzieli i niejednokrotnie określali partyzantów jako „złodziei” –  miała też miejsce w pełni tego słowa „praca na cichym froncie”.

Po zabiciu Witka Z., część należących do drużyny wykruszyła się. Chcę zaznaczyć, że problem nadmiernego zadufania, poczucia siły i władzy, nie był czymś co dotyczyło tylko Dziecinina – dawały znać o sobie w wielu innych ugrupowaniach. Dotyczyło to głównie wykonujących wyroki (i ich popleczników). Posłuchajmy, jak oceniał to jeden z dawnych partyzantów” Zaczęły się rozgrywki między poszczególnymi grupami. Wykonujący wyroki … później asy się zrobiły, królami się zrobili, każdy miał się ich bać. Szło wet za wet (przypisek – rozgrywki między konkurującymi ugrupowaniami)”. Problem był na tyle istotny, że jak podaje p. Janik, dnia 15 czerwca 1944 r. rozwiązano Oddział Specjalny (przeznaczony do wykonywania wyroków).

Działania I-szej Ukraińskiej Dywizji Partyzanckiej

Na wiosnę 1944 r. miało miejsce interesujące wydarzenie. Przez wieś przemaszerował partyzancki oddział kowpakowców. Jego nazwa pochodziła od nazwiska Kowpaka – założyciela ugrupowania. W rzeczywistości nazywało się ono Pierwsza Ukraińska Dywizja Partyzancka. Jej zadaniem było wykonanie rajdu po wschodniej stronie polskich terenów – tzw. rejzy. Ta była już trzecią jakie oddział miał na swoim koncie. Pierwsza – tzw. „stalinowska” była robiona na teren Polesia i Wołynia (łącznie 1600 km), druga – karpacka – do węgierskiej granicy (łącznie 3000 km). Obydwoma dowodził Kowpak. Gdy doszło do trzeciej, ze względu na stan zdrowia dowódcy, poprowadził ją Werszyhora.

Rejza polegała na niszczeniu w trakcie przemarszu strategicznych obiektów niemieckich oraz zwalczaniu sił militarnych. W ten sposób blokowali sprawne działanie transportu, produkcji itp. oraz wiązali znaczne siły wroga, odciążając w ten sposób front. Oddział był duży, liczył od 2 do 3,5 tysięcy partyzantów. W jego skład wchodziła jazda konna, piechota (w zasadniczej części transport furmankami), artyleria (moździerze, armaty 76 i 45 mm, zenitówki), saperzy, łączność, oddział medyczny. Byli wyposażeni w większości w broń automatyczną, ciężkie karabiny maszynowe, rusznice przeciwpancerne. Jeśli chodzi o ubrania, były – w znacznej części – cywilne. Linię frontu przekroczyli siódmego lutego 1944 r. (prawy dolny róg na mapie) i już na początku starli się z oddziałami UPA. W trakcie walki wpadł im w ręce rozkaz wroga nakazujący swoim oddziałom zwalczanie partyzantów polskich i radzieckich, zakazujący natomiast atakowanie wojsk rosyjskich. Podano jednocześnie sposób rozróżniania jednych od drugich: tylko żołnierze mieli mieć pagony z oznaczeniami stopni wojskowych.  W najbliższej wsi kowpakowcy zarekwirowali maszyny do szycia i w najbliższym lesie uszyto pagony, które partyzanci ozdobili wyciętymi z puszek odznakami i to przyszyli sobie do ubrań. Od tej pory z UPA był już spokój.

Mapa przemarszu 1-szej Ukraińskiej Dywizji Partyzanckiej

Przemarsz zasadniczego trzonu ugrupowania narysowany jest na mapie czerwoną linią. Od niej odchodzą granatowe pętle – to były wypady jakie organizowano mniejszymi, wydzielonymi grupami, w celu zniszczenia określonych obiektów. Poszczególne cyfry oznaczają miejsca, gdzie przebiegły ważniejsze wydarzenia. Oto krótkie opisy wybranych z nich:

3) – Wólka Orłowska – wysadzenie mostu kolejowego i zatarasowanie nim drogi, Izbica – wysadzenie pociągu z amunicją.

4) Huta Różaniecka – walka z ugrupowaniem niemieckim usiłującym rozbić oddział

5) Stalowa Wola – wypad artylerii i ostrzelanie elektrowni w zakładach produkujących płyty pancerne.

Pozostałe numery, to generalnie miejsca, gdzie Niemcy próbowali otoczyć oddział i go zniszczyć. Używali przy tym cały czas lotnictwa do obserwacji i bombardowania, wozów pancernych i czołgów. Partyzanci wychodząc z zastawionych na nich „kotłów” i omijając przeszkody, cały czas kluczyli, zapadali w lasy. Nic więc dziwnego, że czerwona linia jest pełna pętli i niespodziewanych zwrotów. Ich atutem był ruch. W nielicznych przypadkach oddział zatrzymywał się na dłużej. Poruszali się tylko bocznymi drogami, pomimo roztopów – często po polach. Cała kolumna była długa na ok. 10 km. Oznaczało to, że przekroczenie w poprzek jakiejś szosy wymagało jej zablokowania na minimum 2 godziny, w czasie których zabezpieczenie musiało walczyć z Niemcami. Aby ograniczyć ten czas, w wielu miejscach – o ile się dało – tworzono kilka krótszych kolumn poruszających się obok siebie. Łączność radiowa pozwalała partyzantom na uzupełnianie drogą lotniczą zapasów oraz odtransportowanie na „wielką ziemię” ciężko rannych.

O godz. dwudziestej, nocą 10/11 marca 1944 roku oddział przystąpił do przekraczanie szosy Lublin – Krasnystaw poniżej cmentarza z pierwszej wojny. Z obydwu stron przeprawy, w odległości ok. 0,5 km wystawione były osłonowe oddziały. Wkrótce pojawiły się samochody wojskowe najpierw od strony Krasnegostawu, a po pewnym czasie od Fajsławic. Rozgorzała walka. Pociski dolatywały do wsi, tak że mieszkańcy kładli się na podłodze, żeby przeczekać kanonadę. W wyniku starcia, faszyści zostali rozgromieni, zniszczone były samochody i wóz pancerny, oraz zdobyto dużo amunicji i granatów. W tym czasie kolumna wjechała na Dziecinin drogą przy zabudowaniach Pawelca, po czym przy studni, skierowała się na Zosin, Oleśniki. W trakcie przemarszu w domu Pawelców rozłożona została radiostacja i nawiązany kontakt. Wszystko odbywało się w pośpiechu. Na skrzyżowaniu, przy krzyżu przewrócił się jeden z wozów. Szybko podniesiono go, żeby nie tarasował drogi.

Nad ranem okazało się, że pozostało w błocie bardzo dużo amunicji – została przeznaczona na potrzeby wiejskiej drużyny. Na końcowych wozach wieziono partyzantów zabitych w ostatnich akcjach.

Jak podczas całej rejzy, tak i tu korzystali kowpakowcy z pomocy miejscowej ludności i partyzantów. Chodziło głównie o szczegółową znajomość terenu. Z Dziecinina za przewodników byli wzięci Adolf Kociubowski (z wozem i końmi Bednarczyka), oraz Adam Zawada. Po przeprowadzeniu kolumny pod Wólkę Kańską, zostali zwolnieni i wrócili po dwóch dniach do domu.

W materiałach o kowpakowcach jest napisane, że uzupełnianie zapasów i koni odbywało się kosztem okupanta i majątków. W rzeczywistości osłabłe zwierzęta na bieżąco zastępowano „w marszu” rekwirowanymi chłopom. Kto miał słabego konia, to nie ruszali, ale Michał Kocibowski stracił swojego. Podobnie było u Szczepana Krysy z tym, że on nie chciał oddać do tego stopnia, że rozzłoszczony partyzant wyprowadził go do krzaków na rozstrzelanie. Na szczęście skończyło się tylko na straszeniu. Niektórzy chłopi profilaktycznie mieli ukryte konie – najczęściej w stodołach, za słomą. Miały cały czas dużą ilością jedzenia, tak żeby nie rżał, gdy ktoś wchodził. Dzięki temu, nie trafiły do partyzantów.

W trakcie przemarszu partyzanci przecięli linię telefoniczną przy szosie. Następnego dnia reperowano ją. Fachowcy, którzy przyjechali zażądali dla siebie obiadu. Składali się na to ludzie ze wsi (miał być rosół, naleśniki, sałata, jajka) trzeba było zawieźć im jedzenie na szosę i spróbować, czy nie jest zatrute.

Pożar u Szwajewskich

Zbliżał się front. Dawało się coraz bardziej odczuwać rozprężenie w administracji niemieckiej po przechwyceniu skór, nie było poszukiwania sprawców ani mszczenia się na przypadkowych ludziach. Znowu zapełniły się szosy uciekinierami – tym razem były to rodziny niemieckie i folksdojczów. Zaczęły się bombardowania i ostrzeliwanie przez samoloty rosyjskie, oraz wyprawy na szosę w poszukiwaniu koni, czy innych dóbr. Niemcy niewiele już na to mogli poradzić.

W tym okresie doszło do spalenia zabudowań Ignacego Szwajewskiego. Wydarzenie to w wielu źródłach umieszczane jest w innym okresie i w nie określonych okolicznościach. W rzeczywistości przebieg wydarzeń był następujący. W obawie przed nadciągającym frontem żona gospodarza z córkami wyjechała, zaś właściciel z młodszym synem zostali pilnować dobytku. Po południu niedaleko od nich zatrzymał się uszkodzony samochód należący do rodziny folksdojczów z dwójką dzieci. Mówili po polsku i poprosili o pomoc. Ignacy przyciągnął wozem pojazd na podwórko, a rodzina została u nich, żeby przenocować.

Przyszła też do nich w odwiedziny sąsiadka – Chruścielka. Gdy wszyscy razem przebywali w domu, w pewnym momencie zostały wybite szyby i w oknach pojawiły się lufy karabinów. Byli to Niemcy, którzy wszystkich wygonili na dwór i postawili jak na rozstrzelanie pod murem cmentarza z 1-szej wojny. Oficer uderzył w twarz gospodarza i pokazał zakrwawione spodnie niemieckiego żołnierza. Znaleźli je w różach koło domu i żądali, aby powiedzieć, gdzie jest ciało. Chyba przerażenie tym co się działo powodowało, że żadne z folksdojczów nie wydusiło z siebie ani słowa. Padł rozkaz, aby żołnierze polali paliwem ze szpryc (rodzaj opryskiwaczy) zabudowania i podpalili je. Zapowiedziano jednocześnie, że wszyscy zostaną rozstrzelani.

Dopiero wówczas folksdojcz ponaglony przez żonę zaczął po niemiecku tłumaczyć kim są, że przebywają tu już od długiego czasu i nic się nie działo.  Z gorejącej obory, po przepaleniu się postronków wypadły dwa płonące konie i uciekły na szosę. Niemcy zabrali ze sobą rodzinę folksdojczów i odjechali, dobijając na wysokości drogi na Suchodoły – koło kapliczki –   konie, które tam padły. Obora z krową i stodoła spłonęły. Z murowanego domu została skorupa. Uratowało się 20 gęsi oraz okopcone zboże, które leżało na strychu mieszkania. W gruzach stodoły znaleziono spalone zwłoki polskiego żołnierza. Leżał na brzuchu i zachowały się kawałki przodu munduru. Pochowano go w grobie na cmentarzu z 1-szej wojny światowej, a potem przeniesiono na cmentarz parafialny. Rodzina do wyremontowania domu mieszkała u teściów gospodarza.

Koniec wojny

Odejście Niemców i przyjście Rosjan nastąpiło z 24 na 25 lipca 1944 r. Przebiegło stosunkowo łagodnie, bez strat w ludziach i budynkach. Dla Rosjan główny szlak transportowy na początku stanowiła droga za krzakami (dawny kamieniołom) – na Marysin. Szybko nastąpiły zmiany, obiekty jak np. cmentarze wojenne z 1-szej wojny światowej – o które Niemcy kazali dbać, sadzić kwiaty, teraz zdano na łaskę losu. Zaczęli się ujawniać zwolennicy nowego porządku społecznego. Gdy padła pogłoska, że będzie jechała szosą Wanda Wasilewska, znaleźli się na wsi tacy, którzy pobiegli, by witać oswobodzicielkę i nadzieję na lepsze życie. Przyjście Rosjan nie oznaczało likwidacji obowiązkowych dostaw. Tym razem jako osobę odpowiedzialną za to wyznaczono na wsi – ze względu na znajomość języka rosyjskiego – Jana Szwajewskiego.

Zorganizowany został pobór do wojska. Z Dziecinina na front udali się Pawelec Józef, Zawada Stanisław, Kociubowski Adol (syn Ewy), Kociubowski Mieczysław (syn Anny), Bubicz Zenon, Szwajewski Marian (syn Jana) i Szwajewski Mieczysław (syn Ignaca). Większość z nich musiała się stawić do Krasnegostawu, skąd przewiezieni zostali do Zamościa. Po krótkim, trwającym ok tygodnia szkoleniu, jednodniowym marszem, w pełnym ekwipunku przeszli z Zamościa do Lublina. Następnie zostali wysłani do walki. Aby – przebywając na froncie o głodzie i chłodzie – nie chorowali, raz w miesiącu byli szczepieni (klatka piersiowa i ramię). Przez następny dzień po zastrzykach nie byli w stanie nic robić, ale nie chorowali. Oto krótkie informacje o ich losach:

Pawelec Józef – był w piechocie, przez pewien czas pełniąc funkcję politruka. W trakcie działań ranny, przesiedział część czasu pod Łodzią u Rojka (który – po przesunięciu się frontu – wrócił z Dziecinina do siebie). Do 46 roku przybywał w Warszawie, gdzie w nie do końca wyjaśnionych okolicznościach zginął (oficjalnie wpadł pod pociąg).

Zawada Stanisław – w trakcie działań wojennych zdezerterował, za co odsiedział potem karę więzienia.

Kociubowski Adol – dosłużył się stopnia sierżanta, brał udział w walkach o Wał Pomorski, gdzie ugodzony odłamkiem – zginął. Jego brat dwukrotnie jeździł w poszukiwani grobu, ale go nie znalazł.

Bubicz Zenon – większość czasu końca wojny spędził w okolicach Wrocławia. Przeżył, zamieszkał w Łopienniku Dolnym.

Kociubowski Mieczysław – przeszedł szlak do Odry, w trakcie walk na terenie Niemiec, podczas forsowania kanału, na wysokości Oranienburga (?) został rozerwany na minie. Rodzice złożyli do urzędu zaświadczenie o jego śmierci, ale nie dostali żadnego odszkodowania.

Szwajewski Marian – po tygodniowym przeszkoleniu na sapera, brał udział w zabezpieczeniu przy forsowaniu Wisły, Nysy, rozminowywaniu Warszawy… Pod Wrocławiem wysłany na zwiad wraz z kolegami dostali się w pułapkę. Niemcy zabrali im broń i wypuścili. Sąd polowy skazał ich na karę śmierci. O zmianie wyroku poinformowano go oficjalnie, gdy – wyprowadzony na rozstrzelanie – stał nad wykopanym dołem. W zamian został skierowany do karnej kompanii – wraz z oddziałem Gerharda – w Bieszczady. Do domu wrócił w 47 roku.

Szwajewski Mieczysław – został wcielony do II Armii Berlinga – ponieważ jako kowal miał do czynienia z mechaniką – przydzielono go do transportu jako kierowcę ciężarówki w taborach. Wraz z armią doszedł do okolic Drezna, gdzie został zdemobilizowany i skąd wrócił do domu.

Koniec części VI.3

Autor : Janusz Szwajewski

Kolonia Suchodoły „2” i okolice – dzieje Dziecinina. Część I

Kolonia Suchodoły „2” i okolice – dzieje Dziecinina. Część II

Kolonia Suchodoły „2” i okolice – dzieje Dziecinina. Część III

Kolonia Suchodoły „2” i okolice – dzieje Dziecinina. Część IV

Kolonia Suchodoły „2” i okolice – dzieje Dziecinina. Część V

Kolonia Suchodoły „2” i okolice – dzieje Dziecinina. Część VI (1)

Kolonia Suchodoły „2” i okolice – dzieje Dziecinina. Część VI (2)

O autorze:

Janusz Szwajewski ur. 8.12.1957 r. w Lublinie, dzieciństwo spędził na Dziecinie. Absolwent  III LO w Lublinie oraz Akademii Rolniczej w Lublinie – Wydział Techniki Rolniczej (1980 r.). Ukończył także Zaoczne Technikum Pszczelarskie, oraz posiada tytuł mistrza instalacji sanitarnych. Pracował w Zespole Szkół Techniki Rolniczej w Piotrowicach k. Lublina. Udzielał się także społecznie,  między innymi jako prezes Stowarzyszenia Emaus.

Please follow and like us:
0