Kolonia Suchodoły „2” i okolice – dzieje Dziecinina. Część VI – Druga wojna światowa (cz. 1)

 

Kolonia Suchodoły „2” i okolice – dzieje Dziecinina. Część I

Kolonia Suchodoły „2” i okolice – dzieje Dziecinina. Część II

Kolonia Suchodoły „2” i okolice – dzieje Dziecinina. Część III

Kolonia Suchodoły „2” i okolice – dzieje Dziecinina. Część IV

Kolonia Suchodoły „2” i okolice – dzieje Dziecinina. Część V

Druga wojna światowa (Część 1)

 Wstęp

Muszę zacząć od kilku uwag. Ten rozdział jest szczególnie trudny do napisania. Żyją jeszcze niektóre z opisywanych osób (bądź ich Bogu ducha winni potomkowie), a moim zamiarem nie jest chęć oceniania kogokolwiek, wytykania błędów czy rozliczania. Nie jestem w stanie dziś sprawdzić, na ile niektóre informacje ustne są wiarygodne, a na ile przekoloryzowane z powodu niedoskonałości ludzkiej pamięci, przez zatajenie, czy też chęć dodania sobie splendoru. Można by powiedzieć, że „skoro nie wiesz, to nie pisz”. Problem w tym, że wówczas też dochodzi do zafałszowania obrazu tamtych dni. Pełno jest opracowań ze sformułowaniami typu „wśród Polaków nie było kolaborantów” bądź „w oddziałach partyzanckich liczył się tylko Bóg, honor i ojczyzna”. Jest to tylko część prawdy. Miałem możliwość poznać – od biorących bezpośredni udział w wydarzeniach – pełniejszy obraz i zanotować wszystko. Udostępniając to Wam, może lepiej da się zrozumieć okres wojny.

Ja nie mam patentu na prawdę o tamtych latach. Mogę się mylić. Wybaczcie. Sam zbierając materiały, spotykałem się z nieścisłościami i w miarę możliwości usiłowałem to uporządkować. Niejednokrotnie podaję kilka poznanych wersji wydarzeń, nie określając która z nich jest prawdziwa, a jedynie pisząc co o nich sądzę. Jeśli ktoś może uzupełnić bądź sprostować moje relacje to zapraszam do współpracy.

Wrzesień 1939 roku

Po wybuchu wojny, miało miejsce szybkie przesuwanie się frontu i w wyniku układu Ribbentrop – Mołotow, spotkanie Rosjan z Niemcami. Między innymi w okolicach Dziecinina.  Zanim jednak do tego doszło, była pośpieszna mobilizacja wojska polskiego.

Poniżej lista mieszkańców Dziecinina, którzy poszli na wojnę wraz z krótkim opisem ich losów:

Burak Wojciech – w trakcie walk dostał się do niewoli i został wywieziony do Niemiec. Tam przydzielono go do pracy w jednym z gospodarstw. Jego teść – Krysa Szczepan, znalazł dziewczynę, która za wynagrodzeniem zgodziła się pojechać i zastąpić Wojciecha. Tak też się stało i wówczas zięć wrócił do domu.

Bednarczyk Bolesław – był w armii Kleeberga, walczył między innymi pod Parczewem, decyzją dowództwa, po rozwiązaniu oddziałów, wrócił do domu.

Błaziak Cech – wraz ze swoim oddziałem wycofywał się, tak że w końcowym momencie znalazł się na terytorium Rumunii. Postanowił jednak wracać do kraju. Pieszo udało mu się dotrzeć do Oleśnik, gdzie był ożeniony.

Błaziak Jan – wybuch wojny zastał go w trakcie odbywania służby wojskowej.  W wyniku działań wojennych dostał się do niewoli, przewieziony do Niemiec, pracował w gospodarstwie. Gospodarz, do którego trafił był bezdzietny i traktował go jak syna. Zgodził się, żeby Jan mógł pojechać na urlop do domu i dał mu na drogę kożuch. Po przyjeździe do domu Jan postanowił nie wracać. Ukrywał się, przeziębił i zmarł.

Wasil Adam – dostał się do niewoli. W trakcie przemieszczania jeńców, przebywał chwilowo w Trawnikach – w oczekiwaniu na zmianę środka transportu. Niemcy nie zabraniali odwiedzać wziętych do niewoli i ktoś dał znać żonie o takiej możliwości. Kobieta oprócz jedzenia, wzięła ze sobą swoje zapasowe ubranie. Na miejscu przebrała w nie męża i szczęśliwie udało się im wrócić do domu.

Chcąc się zabezpieczyć, wielu gospodarzy – nauczonych doświadczeniem z poprzedniej wojny – robiło zapasy żywności, kopało doły, żeby ukryć w nich słomianki ze zbożem, wypiekało suchary itp.

Początek wojny to także ogromna fala uciekinierów. Pieszo, rowerami, czym kto miał, uciekali przed frontem. Zapchane przez nich szosy stają się obiektem ostrzału i bombardowań. Wielu gospodarzy kopie doły poza budynkami – na schronienie przed nalotami. Chcąc chwilę wytchnąć uciekinierzy zajeżdżają na wieś, wjeżdżają od razu na podwórka, bo wiedzą, że wszędzie takich jak oni jest pełno i na zaproszenie nie ma co liczyć. Każdy prosi o coś do jedzenia, ale chleba – choćby i codziennie wypiekać – nie wystarczyłoby dla wszystkich potrzebujących. Jest za to mleko, mąka, więc jakąś zupą można było poratować. Dają o sobie znać tacy, którzy gotowi są żerować na nieszczęściu ludzkim. U Pawła nocuje kilka osób które przyjechały rowerami. Schowali je na noc do sieni – nie zamkniętej, żeby można wyjść za potrzebą. Zostały skradzione. Pojawiają się amatorzy wypraw na szosę, w poszukiwaniu cennych rzeczy – niekoniecznie porzuconych.

Wśród uciekinierów były także grupy wojska. Jedna z nich nocowała u Jana Szwajewskiego. Gdy odchodzili, poproszono Mariana – syna gospodarza, żeby zaniósł na poddasze wody, bo został tam chory żołnierz. Rzeczywiście, leżał wycieńczony, wysmarowany kałem – dezynteria. We dwóch – z Tadkiem Staszakiem – zaprowadzili chorego w maliny – z dala od ludzkich oczu, żeby mógł się spokojnie załatwić. Gdy zdjął spodnie, okazało się, że od biegunki ok 15 cm jelita wyszło na zewnątrz. Pojony wywarem z mięty i centurii, jeszcze przez tydzień przeleżał na poddaszu, a potem jak przyszli Rosjanie, miał zrobione posłanie w domu i tam dochodził do siebie przez dwa tygodnie. Nazywał się Ludwik Broszka, był ze szkoły podoficerskiej, z powiatu Stanisławowskiego (dzisiaj – Ukraina). Zostawił karabin, amunicję i poszedł w mundurze do domu. Obiecał, że da znać jak tam dotrze, ale żadna wiadomość nie przyszła.

Od 26 września 1939 r. walki toczone pod Fajsławicami z nacierającymi Niemcami pobudzały wyobraźnię chłopaków. Dwóch postanowiło wybrać się, żeby zobaczyć, jak wyglądają zniszczenia. Po drodze w wąwozie poprzecznym do drogi (między Fajsławicami, a górą) leżały porzucone 4-ry karabiny pięciostrzałowe oraz rkm. Ciężko im było nieść takie łupy, więc rkm oddali „woliniakom”, którzy nadeszli (tak trafił do partyzantów), sobie zachowując karabiny. Broń zakopali nieumiejętnie – uległa zniszczeniu. Trochę inaczej opisał pozyskanie rkm-u p. Janiak. Czy wersje się wykluczają – niekoniecznie.

Niemcy w tym okresie nie dotarli na wieś. Zatrzymali się, a nawet cofnęli „odsłaniając” Suchodoły krasnoarmiejcom. Na Dziecininie, dnia 29 września 1939 roku jako pierwsi pojawili się Rosjanie – kawaleria. Od razu było widać różnicę w jakości wojska. Nasi ułani mieli porządny, wojskowy sprzęt, ci zamiast siodeł, poduszki albo koce, a karabiny na sznurkach.

W wielu książkach jest napisane, że właściciel majątku Suchodoły wyjechał, przed przyjściem Rosjan, a pracownicy dużo rzeczy i inwentarza rozkradli, ale po powrocie Niemców i gospodarza, całość została zwrócona i nic, poza tym się nie wydarzyło. Nie do końca jest to prawda. Po odwiedzinach „towarzyszy” w majątku został zrobiony spis osobistych rzeczy Michalskiego, jakie zostały przez Rosjan zrabowane. Krasnoarmiejcy byli jak szarańcza, zabierali wszystko: futra, ubrania, smokingi (po co?), majtki, skarpety, herbatę, proszek do prania, itd. Widać, że musieli cierpieć ogromne braki wszelkich towarów i -zapewne nie znając przeznaczenia wielu rzeczy – traktowali to jak skarby i zdobycz.

Życie w okupacji

Chyba kluczowym słowem, pozwalającym choć trochę zrozumieć te lata, jest STRACH. Nie taki krótki, chwilowy, ale ciągły, wiążący się u jednych z obawą o siebie, u innych – o bliskich. Wynikający z wiedzy o tym co za co grozi, jak też – może większy – z przeświadczenia, że jest wiele sytuacji nieprzewidywalnych – jak np. poszczucie psem za to, że za późno zdjęło się czapkę przed Niemcem. Wywołanie takiego lęku w ludziach było świadomym działaniem najeźdźców. Miał wymuszać postawę uległości, niesprzeciwiania się, poddaństwa. Niezależnie, czy dotyczyć to miało nielegalnego chowu zwierząt, oddawania kontyngentu, pomocy Żydom, walki podziemnej – cały czas, wszystkiemu temu towarzyszył strach.

Przykładem może być epizod z głośnej akcji przechwycenia transportu skór: w pewnym momencie (zapewne nadjechali motocyklem Niemcy) do pobliskiej stodoły wbiegł jeden z partyzantów i zakopał się w pryzmie sieczki leżącej na klepisku. Nie padły żadne strzały, ale nerwy mu nie wytrzymały. Gospodarzowi dopiero po dłuższym czasie udało się go wygonić (bez wątpienia też był w strachu o dom i rodzinę).

Jedni ludzie poddawali się lękowi, inni też żyli w stresie, ale w większym czy mniejszym stopniu byli na bakier z narzuconymi przepisami. Buntowali się. Oprócz chęci przeżycia, usiłowali zachować choćby namiastkę niezależności.

Od godziny 21 do 6-tej rano zaczęły obowiązywać godziny policyjne, w czasie których można było być zastrzelonym bez ostrzeżenia. W godzinach tych porządku we wsi pełnili strażnicy, wyznaczani przez sołtysa z pośród mieszkańców. Strażnicy mieli opaski i pałki. Ich zajęcie było nużące i nie raz zdarzało się, że umęczeni pracą w ciągu dnia przysypiali na nocnym czuwaniu, za co groziła kara (Wacek miał szczęście, gdy stojąc na warcie przysnął. Został obudzony, ale na szczęście nie byli to faszyści, tylko jadący partyzanci z Oleśnik).

Niemcy nałożyli kontyngenty. Wyznaczali ilości produktów przypadających na gminę. Władze gminne określały ich przydziały na wioski, a wójtowie z komisjami wiejskimi – na poszczególne gospodarstwa. Wszelkie ociąganie się groziło pobytem w obozie pracy w Żółkiewce. W tym czasie był jeden sołtys na sołectwo (Wolę Idzikowską i Dziecinin) i wspólny przydział kontyngentu na obie wsie. Sołtysami byli Wasil Bolesław, a następnie Paluch. Na Dziecininie mieli do pomocy zastępcę – Krysę Szczepana, Jana Buraka.

Trzeba zaznaczyć, że od tych ludzi niewiele zależało. Nakazy przychodziły z „góry”, a oni, pod groźbą obozu, przekazywali je dalej. Kontyngenty były bardzo szczegółowe i w kolejnych latach zmieniane (z reguły rosły). W pierwszym roku (luty 1940 roku) wyznaczano do oddania z 1 ha 3q zboża.  Na wiosnę 1940 roku dokonano dokładnych spisów inwentarza, ludzi, upraw i na podstawie tego wyznaczano kolejne przydziały. Obejmowały nie tylko zboże, ale także mleko, żywiec, ziemniaki, marchew, kapustę, len, konopie itd. Działała specjalna komisja do ściągania zaległości. W skrajnych przypadkach, gdy ich nie uregulowano groził przepadek gospodarstwa. Za zabierane produkty płacono (ceny 10 do 20 razy niższe niż wolnorynkowe), oraz wydawano talony na zakup wódki, nafty, płótna czy nawozów.

Oprócz wymienionych nazwisk osób, które „z urzędu” zajmowały się kontyngentami, ale nie szkodzili innym, bywali też tacy, którzy kosztem ludzi, wysługiwali się okupantom, bądź usiłowali zagarnąć wszystkiego jak najwięcej dla siebie. Na Dziecininie pojawiał się często kontyngenciarz z Łopiennika – Starczukowski. Nie ograniczał się do kontroli oddanych produktów. Chodził po gospodarstwach, zaglądał w każdy kąt sprawdzając, czy ktoś nie trzyma czegoś nielegalnie. Większość ryzykując miała ukryte świnie – najlepszy towar wymienny za nieosiągalne produkty przywożone przez handlarzy z miasta. Kolaborant chodził z kijem, obstukując nim ściany stodół, czy szukając skrytek. Jeśli ukrywany wieprzek był dobrze nakarmiony, to się zwykle nie odezwał, ale kiedyś tą metodą znalazł u Bednarczyka dużego – około 200 kg – wieprzka. Wybór był prosty – denuncjacja – albo …   W konsekwencji gospodarz zabił świniaka i połówkę sam zawiózł na Łopiennik. Mógł się tylko pocieszać, że zachował życie i drugą połowę świni. Takich przypadków miał Starczukowski wiele na swoim koncie. W konsekwencji władze podziemne wydały na niego wyrok śmierci. W 1943 r. zadanie wykonał Lutek O. z kolegami z Oleśnik. Pod pretekstem przyłapania szmuglerzy tytoniu wywabiono kolaboranta z domu i zlikwidowano strzałem w tył głowy.

Ostatnia strona spisu osobistych rzeczy (na łączną kwotę ponad 26000 zł) właściciela majątku Suchodoły, zrabowanych przez Armię Czerwoną

Były sposoby, żeby choć trochę uniknąć restrykcji. Kolczykowanie świń dokonywano przy wadze powyżej 30 kg. Przekładano więc kolczyk na mniejszą sztukę, a większa trzymana była w ukryciu (za znalezienie takiej niekolczykowanej świni groziło rozstrzelanie). Miało się – jak Jan – dużo szczęścia, jeśli znalezienie świni bez kolczyka kończyło się tylko pobiciem. Legalnym sposobem na posiadanie dla siebie mięsa było trzymanie drobiu, królików czy owiec (dodatkowo pozyskiwano wełnę na swetry). Mimo to przydzieloną ilość żywca trzeba było odstawić. Podobnie z innymi produktami.

Nieraz, nie mając bydła opasowego, żeby się rozliczyć z kontyngentu, ludzie oddawali cielne krowy, albo też zmuszeni byli oddać całe zboże, a dla siebie kupić po czarnorynkowej cenie. Brak żyta udawało się czasem częściowo uzupełniać grochem, który – jeśli pięknie obrodził, w postaci grochówki lub dodatku do mąki zaspakajał głód. Poczynając od pierwszej zimy 1939/40, na mieszkańców nałożony zostaje dodatkowy obowiązek – oczyszczanie ze śniegu szosy Lublin – Zamość. Na wysokości wioski, każde gospodarstwo miało wyznaczony stały odcinek, za który było odpowiedzialne. Gdy popadało, po kilka osób z rodziny wyruszało, żeby oczyścić szlak. Wraz z pojawieniem się Niemców, przy szosie, koło cmentarza powstał punkt składu drewna. Okupanci używali wielu samochodów na gaz drzewny wytwarzany w procesie gazyfikacji drewna. Co jakiś czas zatrzymywali się tam w celu uzupełnienia „paliwa”.

 

Koniec części 1

Sprawdzenie i korekta tekstu: Michał i Izabela Stępniak

Kolonia Suchodoły „2” i okolice – dzieje Dziecinina. Część I

Kolonia Suchodoły „2” i okolice – dzieje Dziecinina. Część II

Kolonia Suchodoły „2” i okolice – dzieje Dziecinina. Część III

Kolonia Suchodoły „2” i okolice – dzieje Dziecinina. Część IV

Kolonia Suchodoły „2” i okolice – dzieje Dziecinina. Część V

O autorze:

Janusz Szwajewski

Janusz Szwajewski ur. 8.12.1957 r. w Lublinie, dzieciństwo spędził na Dziecinie. Absolwent  III LO w Lublinie oraz Akademii Rolniczej w Lublinie – Wydział Techniki Rolniczej (1980 r.). Ukończył także Zaoczne Technikum Pszczelarskie, oraz posiada tytuł mistrza instalacji sanitarnych. Pracował w Zespole Szkół Techniki Rolniczej w Piotrowicach k. Lublina. Udzielał się także społecznie,  między innymi jako prezes Stowarzyszenia Emaus.

Please follow and like us:
0