Chciałem być uczciwy

Przed salą rozpraw w Sądzie Najwyższym, 28 listopada kilkanaście osób czeka na orzeczenie. Większość zna się przynajmniej z widzenia; są tu już po raz piąty. Józef Wroński, protestujący wyborca z Fajsławic, jego adwokat Michał Plisiecki, prokurator Michał Wyrzykowski z Prokuratury Generalnej, Piotr Pytka i Adam Bystrzycki z Wojewódzkiej Komisji Wyborczej w Lublinie, publiczność; obserwator z biura rad narodowych Rady Państwa, dziennikarze krajowi i zagraniczni. Po długiej naradzie sędziowie wychodzą na salę. Słuchamy orzeczenia:

„Sąd postanowił unieważnić wybory do gminnej rady narodowej w Fajsławicach w woj. lubelskim, w obwodzie głosowania nr 5 w Boniewie, w okręgu wyborczym nr 4. Nowe postępowanie wyborcze należy rozpocząć od głosowania w obwodzie”.

Głosowali za innych

Nazwisko Józefa Wrońskiego pojawia się na wokandzie tego samego dnia (24 września), gdy sąd precedensowym orzeczeniem unieważnia mandat radnego w Lutowiskach. Z kilku zdań wygłoszonych przez protestującego wyborcę wynika, że jego sprawa jest jeszcze bardziej złożona, pozbawiona elementów pieniactwa czy osobistych animozji.

Józef Wroński nie kieruje słowa pretensji pod adresem wybranych radnych. Chodzi mu o naruszenie procedury wyborczej, dopuszczenie do sytuacji głosowania za nieobecnych. 17 czerwca był przecież członkiem komisji wyborczej. Przedtem razem z kolegami chodził na szkolenie, gdzie wyraźnie mówili, żeby przestrzegać zasady „każdy głosuje za siebie”.

Praktyka wyglądała inaczej. Józef Wroński mówi, że widział jak wyborcy głosowali za rodziny. Pamięta tych co wrzucali karty za 3 – 4 osoby. Członkowie komisji pozwalali a nawet sami robili to samo. Gdy w nocy sporządzali protokół, on nie chciał podpisać. W miejscu pozostawionym na uwagi podał, jakie ma zastrzeżenia. Zapytali, dlaczego wcześniej ich nie zgłaszał, kto – konkretnie – za kogo głosował i co w ogóle może widzieć, skoro bez przerwy wychodził z lokalu wyborczego. Dopisał jeszcze uwagę, że jego zdaniem prowadzono bezprawną agitację; po wsiach jeździły samochody dowożące ludzi. I wówczas, o drugiej w nocy sporządzono nowy protokół, już bez uwag i jego podpisu.

24 września, przedstawiciel wojewódzkiej komisji wyborczej wnosi przed sądem o oddalenie protestu, jako bezzasadnego. „Pan Wroński zaczął protestować dopiero wtedy, gdy jasne było, że ponad połowa mieszkańców wzięła udział w wyborach”. Prokurator oblicza, że nawet jeśli protestujący mówi prawdę, to kilka głosów oddanych nieprawidłowo nie miało w tym przypadku istotnego wpływu na wynik wyborów. Tyle mają do powiedzenia strony postępowania sądowego 24 września. Na 17 października sąd wzywa świadków.

Świadkowie

Stawiają się w komplecie: przewodniczący obwodowej komisji wyborczej w Boniewie, jego zastępczyni, sekretarz i członek. Wyborca prosi sąd, by odebrał od nich przyrzeczenie.

Przewodniczący komisji stwierdza, że zgłaszali się do niego wyborcy z pytaniem, czy mogą głosować za kogoś z rodziny. Odmawiał. Agitacji w lokalu nie było; z samochodu korzystały osoby chore, ale kto nie chciał ten nie jechał. Również do zastępczyni szefa komisji zwracano się z prośbą o zbiorowe oddawanie głosów. Nie pozwalała. Wroński też mnie prosił – mówi – ale nie zgodziłam się. Zresztą on często wychodził , nie było go między 7 a 9, 10 a 18. Wiemy, że teraz chodzi po wsi i zbiera podpisy przeciwko komisji.

– A pani sama głosowała? – Za męża i córkę.

Gdy była największa frekwencja, Wrońskiego nie było, uzupełnia sekretarz komisji.

– A pan za kogo głosował? – Za żonę i matkę – A Wroński? Jemu odmówiłem – bo ma zdrową żonę i samochód. U mnie chorowali, podobnie jak u ostatniego tego dnia świadka, członka komisji.

Przedstawiciel lubelskiej komisji wyborczej przekonuje sąd: uprawnionych do głosowania było 463. Członkowie komisji wyborczej wrzucili 5 głosów za rodziny, wpłynęły do sądu trzy oświadczenia świadków, którzy przyznali się do głosowania za nieobecnych. Razem 8 nieważnych głosów. To za mało, by uwzględnić protest. Nie została naruszona generalna granica 50 procent.

Józef Wroński oświadcza sędziom: Po złożeniu przeze mnie protestu cała wieś się trzęsie. Proszę sobie wyobrazić atmosferę. Jeszcze wówczas gdy nie chciałem podpisać protokołu straszono mnie, że wyjadę „zbierać cebulę”. A zna pan przypadek, że ktoś wyjechał? – Nie – Więc niech pan będzie poważny.

Postawiłem fajkę

2 listopada do sądu w Warszawie kilku świadków nie przyjeżdża, bo są chorzy lub – jak informuje poczta – w miejscu zamieszkania adresat nieznany.

Przyjeżdżają 14 i 28 listopada. Kolejny członek komisji wyborczej mówi, że głosował tylko za siebie i nie widział, by inni łamali ordynację. Ale pamięta, że atmosfera w lokalu wyborczym była dziwna, bo kolega Wroński odmówił podpisu, a jeszcze wcześniej, około 15 padła propozycja, by skorzystać z podstawionego samochodu. Powiedział wówczas, że członkowie komisji nie będą ludzi po wsiach agitować. Usłyszał: „holender, nie mogą sobie poradzić i wrzucić kilka kopert”.

Dwóch innych świadków potwierdza, że poglądy na wsi są podzielone, a atmosfera napięta. Protestujący oświadcza wprost, że straszono go konsekwencjami, jeśli nie wycofa wniosku, więc bierze adwokata. Sędzia pyta czy miał problemy z przyjazdem na rozprawę.

– Nie.

Jeszcze trzech świadków staje przed sądem. Pierwszy mówi, że gdy prosił o to, by mógł zagłosować za żonę, usłyszał „tylko niech nie rzuca się w oczy”. Miał nawet dowód osobisty żony przy sobie, ale i tak nikt nie sprawdzał, znają się tam przecież. Drugi – sekretarz komisji, zaznaczał na liście nazwisko osoby, która głosuje. Nie pamięta czy ktoś naruszył wymóg osobistego wrzucenia karty. Przestrzegał prawa. Był przecież szkolony i wie, że tylko osobom ułomnym można pomóc. – Więc jak to się stało, że liczba kart w urnie i zakreślonych nazwisk była taka sama. – „No… musiało się przecież zgadzać”. – czy traktuje jako naruszenie fakt, że członek komisji głosował za córkę, czy za żonę? – Jeden z przedstawicieli komisji powiedział otwarcie: głosuję za córkę bo ona pracuje w zlewni i nie ma dziś czasu”. Więc postawiłem fajkę.

Nie ma wyjątku

Już dawno Sąd Najwyższy rozpatrzył pozostałe protesty. 12 oddalił, jeden uwzględnił. Sprawa z Fajsławic czeka na rozstrzygnięcie. Nim to nastąpi zabierają głos strony.

Dobrze się stało – mówi mecenas Michał Plisecki – że sprawy jak ta mają miejsce. Potwierdza się wzrost demokracji i praworządności, skoro publicznie w sądzie, dyskutowane jest naruszenie ordynacji wyborczej, a że tak się stało nie mam wątpliwości. Wyborcy, których liczby nie możemy dokładnie ustalić, nie głosowali osobiście. Czyli nie znamy wyników wyborów. Udowodnione też zostało, że nie mamy do czynienia z pierwszym i – wg ordynacji – jedynie autentycznym, protokołem. Trzeba unieważnić wybory.

Piotr Pytka z Lublina mówi m.in., że ma świadomość popełnionego przez komisję uchybienia. Ale w świetle liczby głosów jest ono nieistotne. Zresztą zna przypadki, że nawet radcy prawni nie znali ordynacji jak należy. Czy można się dziwić ludziom, zwłaszcza ze środowiska wiejskiego, że mimo szkolenia popełniali błędy? To są nowe przepisy, na których poznanie pozostawiono zbyt mało czasu. Również prokurator wnosi o oddalenie protestu. Należy żałować – mówi – że pan Wroński 17 czerwca nie brał czynnego udziału w pracach komisji, a ostatnio wykazuje aktywność zbieraniem po wsi oświadczeń i podpisów. Już raz Sąd Najwyższy oddalił protest wyborcy, który udowodnił, że nie głosował osobiście.

Ponad godzinna narada sędziów wywołuje emocje na korytarzu. Ważą się losy sprawy. Wreszcie sąd unieważnia wybory w Boniewie. Nie ma wyjątków od zasady osobistego głosowania, którą naruszyli przede wszystkim członkowie komisji. Ich postępowanie było dorozumianym przyzwoleniem łamania ordynacji, tolerowali naruszenie przepisów. Została podważona wiarygodność twierdzeń członków komisji. Wyniki głosowania nie mogą być uznane za miarodajne.

Znamy kulisy

Janusz Kielech, sekretarz komitetu gminnego partii i Ewa Kotasz, inspektor ds. rady narodowej w Fajsławicach już wiedzą o wczorajszym orzeczeniu sądu, chociaż jest godzina 10, 29 listopada. Dyskutują, co robić dalej, bo nasuwa się wiele wątpliwości problemów organizacyjnych. 5 osób z 40-osobowej rady przestało od wczoraj być radnymi. Jaki status mają podjęte już przez rade uchwały, jak przebiegnie jej sesja zaplanowana na 14 grudnia? Trwają wybory do samorządu mieszkańców. W przyszłym roku będą do Sejmu. Na zebraniach samorządowych frekwencja jest wyższa niż podczas czerwcowych konsultacji, sięga 60 proc., bo mówi się o konkretnych problemach wsi, wybiera sołtysa.

Ludzie są zmęczeni tamtymi wyborami i rozdmuchiwaniem sprawy protestu. Może dojść do sytuacji, że tylko członkowie komisji będą głosować, choć jeden z nich powiedział niedawno, że wolał by zapłacić grzywnę niż znowu spędzić dzień w lokalu wyborczym. A jeśli poddadzą się do dymisji? Sąd nakazał powtórzyć wyłącznie głosowanie, reszta, łącznie z komisją – pozostanie bez zmian.

To nie jest przegrana gminnej władzy. Józef Wroński miał prawo złożyć protest. Dostrzegł nieprawidłowości, więc zrobił to. Kilka osób ma powód do osobistej satysfakcji, inni – temat do rozmów i plotek.

Ewa Kotasz i Janusz Kielech mówią: Znamy kulisy tej sprawy. Były szkolenia komisji. Wroński też w nich uczestniczył, wziął dwie ordynacje. 17 czerwca przez pół dnia nie zgłaszał zastrzeżeń. Dopiero później wysunął rewelacyjne stwierdzenia. Mógł być pod wpływem innych. Mieliśmy okres ostrej kampanii antypaństwowej, jeszcze obecnie kilka osób próbuje zakłócić przebieg samorządowych zebrań.

Gdy wniósł sprawę do sądu, słyszeliśmy w Wolnej Europie i Waszyngtonie, że władze gminne obiecują Wrońskiemu ciągnik i kombajn, proszą i straszą, byle wycofał protest. On z reguły unika urzędu, ale gdy miał problemy ze sprzedażą trzech metrów maku (GS wstrzymał skup), to przyszedł do gminy i uzyskał pomoc. Nikt go nie szykanował. W ogóle można powiedzieć: kłaniamy się sobie nawzajem.

Rezultat uczciwości

Fajsławice maja 12 sołectw, 6 tysięcy mieszkańców, 7 tys. ha powierzchni i najwyższy skup zboża w województwie. Jeden ciągnik przypada tu na 14 ha rędzin. Gmina jest bogata (zioła, kwiaty na nasiona, len, buraki), pod względem dochodów zajmuje 7 miejsce w Lubelskiem. Ludzie ciężko pracują i incydent wyborczy nie wywołuje wielkiego poruszenia. – Czy wiedzą, że w Fajsławicach będzie powtórka? – Wiemy, ale nie cała powtórka, tylko głosowanie w Boniewie, nie w całej gminie – uzupełniają dokładnie.

Stanisław Rogowski, naczelnik w Fajsławicach zgadza się z werdyktem sądowym ale nie z redakcyjnym komentarzem. Sędziowie udowodnili prawdę – chwała im za to. Ochrona prawa obywateli powinna być pierwszoplanowym zadaniem wszystkich organów. Ale w gazetach piszą, że udowodniono 7 nieważnych głosów i można domniemywać, że było ich więcej. Domniemywać? Domniemane głosy, domniemane głosowanie, domniemane wybory? I dodajmy jeszcze: w województwie, a może w całej Polsce? Takie stwierdzenia to woda na młyn przeciwników państwa. Jedyny komentarz – mówi naczelnik – powinien brzmieć: „Na podstawie naruszeń prawa unieważnia się wybory w Boniewie”. Kropka.

Naczelni nie okazuje zdenerwowania. – Przyzwyczailiśmy społeczeństwo, zwłaszcza wieś – mówi – do takiego głosowania. To była nasza tajemnica, tyle że publiczna. Za jednym pociągnięciem nakazano inaczej pojmować rzeczywistość, odzwyczajać się od dawnego sposobu myślenia. Bo gdyby komisja w Boniewie była naprawdę nie uczciwa, „wygrałaby” wybory w czasie, gdy Wroński nie siedział przy urnie. Chociaż złamano prawo – tak uczciwych wyborów już dawno nie było.

Już po wszystkim. Dla publiczności i sądu. Panie Wroński, już nie jest pan stroną. Nich pan powie, po co pan to zrobił, na co potrzebne było ciąganie się po sądach?

– Nie z przyczyny politycznej, choć, jak wielu, należałem do „Solidarności”. Jestem wierzący, wierzę w sprawiedliwość. Chciałem być uczciwy, wobec siebie i wobec wyborców.

Autor: Aleksander Chećko

Artykuł ukazał się w dzienniku Życie Warszawy Nr 295, w dniu 11.12.1984 r., str. 3