Dzieje rodziny Ludwika i Klementyny Adamiaków od wielkiej ucieczki na wschód do końca II wojny światowej – Cześć I

20160229_172619

Główni bohaterowie wspomnień: Klementyna i Ludwik Adamiakowie wraz z dziećmi (od lewej) – Janką, Felkiem i Nastką. Zdjęcie wykonane na przełomie lat dwudziestych i trzydziesych

Narzeczeństwo

Dziadek mojego dziadka – Ludwika Adamiaka (1883-1963) odrabiał pańszczyznę w siedliskim dworze. Dziadek mojej babki – Klementyny (1889-1969) – Olech, również. Rodzina była osiadła od prawieków. Spokrewniona była z nimi niemal cała wieś i połowa parafii Fajsławice.

Po powstaniu styczniowym dziadkowie Klementyny, w ramach zniesienia pańszczyzny i uwłaszczenia, carskim ukazem otrzymali jedną włókę ziemi. Dziadkowie Ludwika otrzymali podobnie. Włóka to 30 morgów. Dwie morgi to 1,12 hektara. Starsi mieszkańcy Siedlisk jeszcze dzisiaj mogą pokazać gdzie przebiegały miedze pól ukazowych.

Ludwik chciał się żenić z Klimką, gdy ta miała 16 lat, on – 22. Potrzebna była zgoda jej rodziców. Byli już u księdza. Wezwana matka Klimki stanowczo odmówiła. Powoływała się na pokrewieństwo między młodymi. Ksiądz orzekł: niech młodzi poczekają do pełnoletniości Klimki, wówczas już bez zgody rodziców będą mogli się pobrać. Pokrewieństwo nie było zbyt bliskie lub wcale, ale matka liczyła na to, że może któreś z nich nie wytrzyma i się rozmyśli. Musieli czekać aż dwa lata. Był to dla nich bardzo trudny okres, bo przedmałżeńskie „próby” nie wchodziły wówczas w grę. Zasady były twarde i przestrzegano ich w obu rodzinach. Ciężko było tak długo czekać w cnocie. Wytrwali.

Rodzice, szczególnie matka Klimki, nie chcieli dać Ludwikowi córki, rzekomo, dlatego, że było na nią aż cztery morgi. Ludwik zaś miał dwie. Po dwóch latach wszelkie przeszkody zostały pokonane i się pobrali (1907). Przeżyli w zgodzie i pełnej harmonii, wzajemnie się wspierając, pokonując wspólnie niezwykłe trudności, w najcięższych okresach swego życia – 56 lat, do śmierci. Młodzi zamieszkali u Olechów, mimo niechęci teściowej.

Widmo wojny

Gdy wybuchła wielka wojna światowa, Ludwik z Klementynką mieli już troje dzieci: Antosia, Stefka i Jankę. Ludwikowi zabrano do carskiego wojska, na wojnę, dwóch młodszych braci: Jana (22) i Mikołaja (20). Z reguły nie brano z rodziny najstarszego, ani jedynaka, no i Ludwik był żonaty. Jaś był liniowym w wojskowej administracji, bo umiał czytać i pisać cyrylicą. Mikołaj całą wojnę był działowym. Przy armatach trochę ogłuchł.

Na mieszkańców padł strach. Do wsi dochodziły groźne odgłosy trwającej już wojny. Tu będzie też wojna. Wszystko spalą, bezbronnych ludzi wybiją, wszystkich mężczyzn wezmą na wojnę. Wielu postanowiło uciekać przed wojną, przed zbliżającym się frontem. Teściowa Ludwika – Tekla (50), również nie dawała im zapominać o tym, że nie ma dla nich miejsca w jej domu.

Trzeba było się wynosić, uciekać, szukać bezpiecznego miejsca na świecie dla siebie i rodziny. Ale jak i gdzie, dokąd? Gdzieś w połowie 1915 roku wziął, więc Ludwik(32) żonę swoją Klementynę(26), dzieci: Antka(6), Stefka(4) i malutką, niespełna dwuletnią Joasię – Jankę, ojca swojego Ignacego(56), matkę Mariannę(55) z Cholewów, siostrę Zośkę(26) z mężem Stykiem i kilkumiesięcznym Michasiem, siostrę Kasię(12), braci: Grzecha(18?), Józefa(13) – trzynaście osób. Zaprzągł konia do wozu, uwiązał do niego krowę i wyruszyli wraz z innymi ludźmi w drogę, na wschód, w nieznane…

Ucieczka i nowe schronienie

Exodus będzie trwał trzy lata. Uciekinierów-tułaczy gnębił głód, choroby, brud, zimno. Mijana miejscowa ludność, uboga, ale współczująca, czasami udzieliła im jakiejś pomocy, każdy rozumiał głód i trwogę, – ale uchodźców były niekończące się kolumny. Po z górą dwóch miesiącach wędrówki, dotarli aż do Białej Cerkwi. Po drodze mijali Kijów. Wspominali po latach, z daleka widoczne, górujące ponad miastem złociste kopuły kijowskich cerkwi.

Bieżeństwo – po rosyjsku termin ten oznacza uchodźstwo; określa się tak również konkretne uchodźstwo – z terenów zajmowanych przez nieprzyjacielską armię podczas I wojny światowej.
W 1915 roku na skutek niepowodzeń wojennych władze carskie rozpętały szeroko zakrojoną akcję propagandową, wzywającą ludność cywilną do natychmiastowej ewakuacji w głąb Rosji. Ludzie ogarnięci strachem, widmem wojny, decydowali się wyruszyć w nieznane, byle dalej od niej. Pod wpływem agitacji rodzinne strony opuściło, jak podają różne źródła, od 1,5 do 3 milionów ludzi. Uchodźców dziesiątkowały zarazy, ginęli na skutek działań wojennych, byli mordowani przez bandytów, cierpieli z głodu, brudu i prześladowań. Polacy stanowili tylko 13% uciekających. Większość z nich była narodowości białoruskiej i ukraińskiej. Na wygnaniu spędzili od 3 do 7 lat.

W dobrach pani hrabiny Branickiej tułacze znaleźli schronienie. Dobra te miała w spadku po przodkach, którzy Białą Cerkiew dostali od króla Poniatowskiego. W czasie rozbiorów stanęli oni po stronie zaborcy. W nagrodę otrzymali dalsze majątki. W tych dobrach pracował, jako zarządca p. Jagodziński – dziadek Zosi Karolowej, ale ich wnuki spotkały się dopiero pół wieku później, w 1968 roku.

Ludność miejscowa, zwana „Chachłami”, przyjęła tułaczy życzliwie, ze współczuciem. Czasem coś pomogli. Niektórym uchodźcom, bardziej potrzebującym niż oni, czasem czyjaś niewidzialna ręka podrzuciła dyskretnie, nawet coś do jedzenia. Dziadkowie ciepło wspominali ich, jako ludzi dobrych.

Chachoł to obraźliwe określenie osób posługujących się językiem ukraińskim, używana przez Rosjan i inne narody byłego Związku Radzieckiego a także rosyjskojęzycznych mieszkańców Ukrainy. Nazwa pojawiła się w XIX wieku, prawdopodobnie pochodzi od tradycyjnej kozackiej fryzury – osełedca, nazywanego przez Rosjan „chachłem” – kogucim grzebieniem. (Źródło: http://www.nad-bugiem.com/)

Chłopy pracowały zimą w lesie, latem w polu, a baby w domu, we dworze, u sąsiadów, gdzie popadło. Polakom mieszkającym tam na stałe było dobrze. Szanowano ich, jako panów, bano się ich, jako władców.

„Chachły” miały poczucie stałego upokorzenia. Domy swe budowali z gliny i słomy, mimo, że był obok duży las, ale był on pański, tj. „polski” i gdyby gajowy, oczywiście też „Polak”, spotkał „Chachła” w lesie, na przykład zbierającego chrust, lub jagody, grzyby – dostałby miesiąc „sutki” – ciupy, aresztu. Polakom wolno było się w nim poruszać swobodnie, byli bezpieczni.

W drodze – życie i śmierć

Trudy tułaczki, niedożywienie, brak wody pitnej, szalejąca zaraza sprawiły, że Ludwikowi zmarła ponad połowa rodziny, osiem osób. Już na początku drogi zmarli synowie Antoś i Stefek – w wieku 4 i 6 lat, malutka dwutygodniowa Stefka, która się tam urodziła po śmierci Stefana. Siostra Zośka, która zostawiła niemowlaka Michała, zmarła na tyfus. Wszyscy oni chorowali i zmarli na choroby zakaźne: tyfus, cholera, czerwonka, ospa, hiszpanka i inne. Kasia, siostra Ludwika, zmarła na hiszpankę. Na cholerę chorowała również nasza mama Janka, jeszcze za życia swoich braci – Stefka i Antka, ale przeżyła. Janka chorowała również bardzo ciężko na odrę.

Biezency

Wśród uchodźców przeważały kobiety i dzieci (wśród zarejestrowanych w polskich organizacjach uchodźców ok. 41-48 proc. stanowiły dzieci). Źródło zdjęcia: http://kptg.pl/

Ojciec Ludwika – Ignacy zmarł, gdy już wyruszali w drogę powrotną, na tyfus. Ludwik zawiózł ojca do popa, który leczył – nic nie pomógł. Później poprosił katolickiego księdza o wiatyk. Ten udzielił rozgrzeszenia i komunii świętej konającemu, ale nie namaścił olejami, za karę, że byli u prawosławnego popa: „- U popa byłeś, to po coś tu przyszedł?!” Żal pozostał na zawsze. Ludwik wystawił ojcu wysoki krzyż, by był z daleka widoczny, by długo stał, może kiedyś w to miejsce uda się powrócić. Ludwik ojca bardzo szanował, był on dla niego najwyższym autorytetem.

Na tyfus chorował również sam Ludwik, miał wówczas lat 35. W gorączce, grubo powyżej 40st.C, coś mamrotał: „dożyć czterdzieści… czterdzieści…”. Od temperatury język pękał, ale cudem przeżył. Lekarz postukał go w pierś i powiedział: „Tu jest zdrowie!”. Rodzinie groziło zaginięcie w obcym świecie – przecież Ludwik był przywódcą grupy. Nie umiał on czytać ani pisać, ale miał wspaniałą „głowę”, pamięć i inteligencję wrodzoną, zdrowe myślenie, silne, sprawne, zawsze chętne do każdej roboty ręce, troskę i głębokie poczucie odpowiedzialności za losy rodziny.

Na Ukrainie w Jabłonowce koło Białej Cerkwi urodziła się Nastka – kwiecień 1917 r. Miejscowe bezdzietne małżeństwo „Chachłów”, którzy się nią cały czas bardzo troskliwie opiekowali, chcieli, żeby u nich pozostała na zawsze. Chcieli ją przyjąć za swoją. Wiedzieli, że dziecko może nie przeżyć trudów podróży. „Chachoł” długo szedł za furą i płakał: – „Naścia, nasza Naścia”.

Również Michał Styk przeżył wszelkie trudy, w sposób cudowny. Gdy zmarła na tyfus jego matka Zofia, wszyscy byli bezradni, co robić z dzieckiem. W rozpaczy i bezradności pozwolono mu by ją ssał, jeszcze nawet po jej śmierci. Godzili się na ryzyko, że może się zarazić i umrzeć wraz z matką, ale jak się opiekować taką sierotą, gdy wszyscy giną. Co z takim oseskiem zrobić i czym go karmić, gdy nie ma nic, co można by mu dać, a tu zabraknie nawet matczynego mleka. Ciągle był słaby i chorowity. Gdy wydawało się, że już nie ma dla niego ratunku i leżał umierający, w nocy sam wstał i zjadł kaszę jaglaną, która grzała się w popielniku. Wyzdrowiał. Wyrósł na silnego mężczyznę!

Bieżeństwo ola_czerniawska_mural

Mural „Bieżeństwo” – obraz o wymiarach ok. 7 x 2 m; odwołujący się do wydarzeń z 1915 roku, autorstwa Aleksandry Czerniawskiej, który można zobaczyć w Galerii Białej w Lublinie przy ul. Peowiaków 12

W drodze też zachorował Grzegorz. Jedyna furmanka z jednym koniem, to cały dobytek, jedyne oparcie dla wszystkich, a Grzegorz miał tyfus i był nieprzytomny od gorączki. Nie można było nigdzie użebrać żadnej pomocy. Informacja, że mają ze sobą ciężko chorego, jeszcze szybciej zamykała przed nimi drzwi. Ktoś wskazał przydrożny lazaret, niedaleko Kobrynia. Z ciężkim sercem zdecydowano się tam umieścić chorego. Potem, gdy Ludwik chciał go odwiedzić, powiedzieli, że umarł, ale ciała nie pokazali. Pozostały pytania: Co się z nim stało? Czy wyzdrowiał? Czy kiedyś powróci? Nadzieja i niepokój o jego los nie opuszczały Ludwika do końca życia. Często wyglądał w tę stronę, czy nie widać powracających braci: Grzegorza i Józefa. Pozostał ból i wyrzut sumienia: umarł, czy się poniewiera? – Nie wrócił.

Józef, – co się z nim stało? Pracowali w lesie. Wieczorem wracali, on wrócił po piłę, czy siekierę, bo pozostała. Do wioski nie wrócił, ani tej nocy, ani następnego dnia. Czekali jeszcze z tydzień, poszukując go wszędzie, choć już trzeba było stamtąd szybko uciekać. Ni żywego, ni trupa. Żadnej wiadomości o nim. A tu złe wieści – nastroje antypolskie: „Palaki wsie pany – my budiem panów rezat”.

Ludwik planował, że gdy odprowadzi rodzinę do domu, powróci szukać obu braci, na groby ojca, sióstr, synów i córki. Ludwik bardzo opłakiwał ojca i synów, a szczególnie bolał nad losem braci, bo zaginieni i może jeszcze gdzieś żyją…

Styk Kazik, ojciec Michała, chodził do roboty – dziecko oddawał na dzień do „przytułku”. Miał zamiar zostawić je tam na stałe, gdy wracał do Polski. Nie liczył na to, że tak małe dziecko zniesie trudy powrotu. Wówczas jakiś „Chachoł” wytłumaczył mu: ”- Ty stary dorosły i silny wracasz do swoich, a małe bezbronne dziecko zostawisz wśród obcych, w czas wojny, na poniewierkę?!” Zabrał.

Dzieje rodziny Ludwika i Klementyny Adamiaków od wielkiej ucieczki na wschód do końca II wojny światowej zostały spisane przez ich wnuczkę Anielę Matraszek

Redakcja i uzupełnienia: Karol Matraszek

Jeżeli chcesz aby ta historie poznali także twoi znajomi => udostępnij ją na Facebooku.