Dzieje rodziny Ludwika i Klementyny Adamiaków od wielkiej ucieczki na wschód do końca II wojny światowej – Cześć II

Klementya i Ludwik Adamiak 2 1962 rok

Klementyna i Ludwik Adamiakowie w roku 1962

Wstęp

Dzieje rodziny Ludwika i Klementyny Adamiaków od wielkiej ucieczki na wschód do końca II wojny światowej – Cześć I

Powrót do Siedlisk

W końcu wojny, jakimś sposobem, do Białej Cerkwi dotarli bracia Ludwika – Jaś i Mikołaj. Przywieźli ze sobą nie tylko broń, ale i przeżycia typowo wojenne i trwogę przed każdą wojną. Byli bojowo nastrojeni. Mieli dość wojny. Z nadzieją przyjmowali zapowiedzi szybkiego jej zakończenia. Z ufnością akceptowali hasła, potępiające wyzysk biednego narodu przez cara i obszarników. Z ulgą przyjęli wiadomość o obaleniu cara.

Wojna się nie kończyła, a wybuchła rewolucja. Wojna wszystkich przeciwko wszystkim, a szczególnie przeciwko obcym. Czas było wracać. Zaczęła się ucieczka. Droga powrotna trwała tygodnie.

Rosyjscy żołnierze

Rosyjscy żołnierze z okresu I wojny światowej. Źródło zdjęcia: pl.wikipedia.org

Ludność, przez której wioski jechali, nie była spragniona obcych. Trudno było użebrać nawet wody. Krowę pozostawili tam na miejscu, by nie opóźniała marszu. Ludność miała dość żebraków. Przepędzała ich dalej.

Droga powrotna to gehenna. Wczesna wiosna 1918 roku. Wszędzie była wojna. Każdy był wrogiem. Każdy dom, każda rodzina zamknęła się przed obcymi, w trosce o własne bezpieczeństwo. Wracali. Początkowo drogami, ale wkrótce okazały się coraz bardziej zatłoczone i niebezpieczne.

Oprócz powracających uchodźców, uciekało także wszelakie jaśnie państwo ze swoją służbą. Pani Branicka, nie czekając na rozwój wydarzeń, już wcześniej szybko zwiała. Przemieszczały się różne bandy zbrojnych, jawnie lub z bronią ukrytą; a także rewolucjoniści i żołnierze wszelkich formacji. Każdemu należało dać pierwszeństwo, ustąpić z drogi, a często dochodziło pomiędzy nimi do starć.

Ludwik wybierał, więc pola, lasy – wszystko nieznane, bezdroża, wiosenne roztopy. Starano się omijać niebezpieczeństwa, zwłaszcza uzbrojone bandy. Sam wychodził na zwiady i dopiero potem szli wszyscy. Pozostał, naprawdę, już tylko jedynym mężczyzną w grupie, bo Kazik niósł zwykle na rękach dziecko, a reszta to dwie kobiety i trójka malutkich dzieci. Raz, gdy wyszedł na zwiady sprawdzić czy droga wolna, był świadkiem walki na białą broń dwóch wrogich sobie grup. Słyszał krzyki, wrzaski, jęki, szczęk broni; rannych wołających o pomoc lub o dobicie. Widok był przerażający.

Wracali z tragicznej tułaczki, ale droga powrotna była równie dramatyczna i tragiczna. Zewsząd czyhało na nich niebezpieczeństwo. Beznadzieja. Wkradało się zwątpienie, czy jest jeszcze do czego powracać? Niekiedy rozpacz dyktowała im, radykalne, ostateczne rozwiązania, ale w rodzinie były dzieci. Dla dzieci trzeba było żyć. Dzieci nie wolno było pozostawić sierotami. Szli dalej na zachód, nie wiedząc, co jeszcze zastaną w swojej rodzinnej wiosce.

Wracali drogą prowadzącą przez Chełm. Z Chełmskiej Góry widzieli już rodzime strony. Ogarnęło ich wielkie wzruszenie. Dotarli do Siedlisk. Tylko sześć osób: Ludwik(35), Klimka(29), Marianna(58), Kazik, Joasia(4,5); Michaś (4);  plus jedno urodzone tam – Nastka(1). Wyjechało osób trzynaście!

Wracali ze straszliwej tułaczki. Na spaloną ziemię. Ale podwórze, tak im bliskie, miejsce wyśnione, zobaczyli takie, jakie było przed laty. Budynki teściowej też jakimś cudem ocalały. Pług leżał pod stodołą, brona wisiała na wrotach stodoły. Mieli wrażenie, że wszystko było tak, jak, gdy wyjeżdżali. Podwórze, na którym bawiły się ich dzieci, pozostało. Ale tych  dzieci już nie ma…

Ból ścisnął serce. Po co to wszystko? Może lepiej było nie wyjeżdżać? Kto może wiedzieć, co by się zdarzyło?

W Siedliskach Wielkich w 1915 roku były ciężkie boje, choć front największe żniwo zebrał w pobliżu szosy Lublin – Zamość, oddalonej od Siedlisk o 3-4 kilometry. Przy tej szosie na przestrzeni kilkunastu kilometrów znajdują się, z tego okresu, cztery duże cmentarze wojenne: w pobliżu Młodziejowa, Ignasina, Dziecinina i Łopiennika Górnego. Na terenie parafii Fajsławice zginęło ok. 2.500 żołnierzy. W Siedliskach Wielkich ok. 500. Ogrom zniszczeń materialnych, ubytek ludności ponad 27%: W 1914r. było – 7593 dusz; w 1918 roku, tylko – 5518 dusz. Cała parafia wypalona, zrujnowana, łącznie z kościołem. (por.: A. Polski, „Pamięć dla Pokoju”, 1996 r.)

Ignasin – nowy dom

1915

Mapa terenu gminy Fajsławice z 1915 r.

Od początku trzeba się było zająć rodziną i gospodarką. Z wojny powrócili też bracia Ludwika – Jaś i Mikołaj. Ludwik z rodziną wcisnęli się znów do teściowej. Ale tutaj nie czekało na nich wolne miejsce. Nie była to spokojna dla nich przystań i kres ich wędrówki. Majątek Olechów był duży, gospodarstwo zasobne, ale dzieci też dużo. Gdy dzieci zaczęły dorastać i żenić się, zrobiło się ciasno. Teściowa widziała, że Ludwik jest silny i zaradny i może poradzić sobie lepiej od innych poza domem. Będzie robić wszystko, ażeby jak najszybciej się wyprowadzili. Ciężko było tak żyć.

Dopiero po latach, gdy staną mocno na własnych nogach, nie będą tego żałować: Odszedłem dla świętego spokoju. Niech im Bóg da niebo – będzie mówił Ludwik – a ja tutaj dorobiłem się własnego domu, własnym wysiłkiem, a nie z łaski teściowej.

W lutym 1920 roku urodził się syn Felek, przyjęty z wielką radością, nadzieją i oczekiwaniem. Miał być on częściowym ukojeniem po utracie tamtych synów i na wszystko, co przepadło. Syn – duma Ludwika i oczko w głowie obojga rodziców. Chociaż przysporzył rodzinie wiele problemów. Ciągle nie mieli własnego kąta. Ludwik bardzo ciężko harował gdzie się dało i był zwykle poza domem. Nastka niecałe trzy latka. Klimka chorowała. Siedmioletniej Jance przybyły dodatkowe obowiązki.

Trzeba było dalej szukać miejsca dla rodziny. Nie było, dokąd iść. Ludwik pracował, nie oszczędzając się i kupował ziemię, gdzie, kto sprzedawał. Nawet w odległej o 9 km Stryjnie kupił dwie morgi, dowożąc wszystko i przywożąc plony jednym koniem, idąc cały czas przy dyszlu! Pracował też u dziedziczki Florkowskiej przy wyrębie lasu. Potem Ludwik kupił od niej porębę w Kolonii Fajsławice/Ignasin. Sam własnymi rękami musiał wykarczować pniaki, wydrzeć z ziemi wszystkie korzenie na obszarze kilku hektarów i odstawić je do dworu, odległego o ponad 5 km.

W 1924 roku wyprowadzili się z Siedlisk. O pień sosny oparli drzwi od starej stodoły i było to mieszkanie dla rodziny: 5 osób, w tym troje małych dzieci (4,7,11). Byli u siebie. Znaleźli swoje miejsce na Ziemi! Chociaż tutaj nie było nic. Całkowite pustkowie. Gotowanie nad ogniskiem. Ogromne problemy były z wodą. Nosili ją wiadrami ze studni, która była u Korzeniowskiego / Drozdów, odległej o kilkaset metrów. Z praniem, do rzeki – 5 km. Konieczne było wykopać studnię. Wykopano ręcznie: 34 m głęboka! Korzystano z pomocy różdżkarza, który wcześniej musiał znaleźć ciek wodny. Początkowo była ona wspólna z sąsiadem Wojciechem Olechem, także z Siedlisk, który też tutaj kupił ziemię. Ale spółka się szybko popsuła. Trzeba było studnię spłacić. Stała ona na gruncie  Ludwika.

Aniela Matraszek 1975

Autorka opracowania Aniela Matraszek w roku 1975

Dziadkowie, z ogromnym bólem w sercu wspominali wojnę: nędzę, brud, głód, choroby, drogę w jedną i w drugą stronę, i te sieroty błąkające się pomiędzy ogniskami. „Siedzi gdzieś samo, głodne, wystraszone, ledwie żywe – kuda maty? Ne znaju.” Aż w duszy ściskało! Czasami ktoś dał łyżkę strawy, ale zwykle odpędzał, bo sam był głodny i miał głodne dzieci własne, a takie się przyklei i co zrobić. Trwożyły się serca na samą myśl, że może się to stać z własnymi dziećmi, gdyby dorośli umarli lub zginęli. Strach o życie stawał się podwójny: o życie własne i spotęgowany grozą, strach o los dzieci, w takim przypadku.

Koniec części II

Dzieje rodziny Ludwika i Klementyny Adamiaków od wielkiej ucieczki na wschód do końca II wojny światowej zostały spisane przez ich wnuczkę Anielę Matraszek

Redakcja i uzupełnienia: Karol Matraszek

Wstęp

Dzieje rodziny Ludwika i Klementyny Adamiaków od wielkiej ucieczki na wschód do końca II wojny światowej – Cześć I