Dzieje rodziny Ludwika i Klementyny Adamiaków od wielkiej ucieczki na wschód do końca II wojny światowej – Cześć III

Adamiakowie z dziecmi rok 1933

Główni bohaterowie wspomnień: Klementyna i Ludwik Adamiakowie wraz z dziećmi (od lewej) – Janką, Felkiem i Nastką. Zdjęcie wykonane w 1932 roku

Wstęp

Dzieje rodziny Ludwika i Klementyny Adamiaków od wielkiej ucieczki na wschód do końca II wojny światowej – Cześć I

Dzieje rodziny Ludwika i Klementyny Adamiaków od wielkiej ucieczki na wschód do końca II wojny światowej – Cześć II

Klimka

Klementyna Adamiak lata lata 30te

Klementyna Adamiak. Zdjęcie wykonane w latach 30-tych.

Ludwik miał dość poniewierki. Teraz liczyła się praca u podstaw: gospodarka i jej rozwój, by chleba starczyło dla tych, co przeżyli i z myślą o zaginionych braciach, gdyby powrócili. Do roboty szło wszystko, co żyło. Ludwik od godz. 4 rano do 22, z krótkim odpoczynkiem w południe. Klimka tak samo, tylko do „lżejszej” roboty, bo stale bolał ją brzuch z przedźwignięcia, po ciążach przebytych w ciężkich warunkach i trudach tułaczki. Chorowała na astmę. Miała „sapkę”. Dusiła się w kurzu. Nigdy też nie najadła się do syta, by nie przeciążać chorej wątroby. Miała wielokrotnie ciężkie ataki kamicy żółciowej, silnie zniszczoną wątrobę. Gotowała dla wszystkich, ale sama tylko, co najwyżej, skosztowała, aby dosmakować potrawę. Musiała stale pić „ziółka”- cholekinaza (opatentowane przez Henryka Niemojewskiego), potem cholagoga. Zawsze ciepło ubrana. Nawet letnia bluzka była włożona na kożuszek; pod chustką też ciepła czapka, bo zimno. Była z natury drobnej budowy ciała i wychudzona, tak, że grubą odzież można było maskować.

W młodości była bardzo ładna, zgrabna i szykowna. Potem też jak szła do kościoła umiała się ładnie ubrać: biała kryzka, paciorki, biała bluzka, chustka, spódnica. Wszystko zadbane, uprasowane. Miała lekki chód. Niezwykle pracowita i uczynna. Zamiast laski podpierała się motyczką. Z nią się nie rozstawała. Służyła jej ona jednocześnie, jako podręczne uniwersalne narzędzie do różnych czynności, gotowe do użycia w każdej chwili. Była wszędzie, wszystkiego dojrzała, o wszystko się zatroszczyła. Każdemu pomogła. Wspaniałe złote serce, pełne dobroci i życzliwości dla innych. To chyba troska o wszystko spowodowała, że było jej tak zimno. Stały strach, ciągła obawa. Martwiła się o wszystkich i za wszystkich.

Po śmierci Ludwika żyła jeszcze sześć bardzo długich lat. Były to dla niej najcięższe, najsmutniejsze lata w jej życiu. Lata izolacji i straszliwego osamotnienia w starości i chorobie. Zaraz po śmierci Ludwika nie umożliwiono jej nawet uczestnictwa w jego pogrzebie. Pozostawiono ją samotną zamkniętą w chałupie. Nawet sąsiadka – Frania Władkowa zwróciła na to uwagę: – mogłam być, chociaż ja przy niej, dlaczego nikt mi o tym nie powiedział?! Później przez lata leżała w samotności na dwóch włączonych cały czas poduszkach elektrycznych, bo było jej strasznie zimno. Okropnie się pociła, koszulę musiała zmieniać kilka razy w dzień i w nocy. Jej córka Janka brała od Niej, przez lufcik, koszule do prania i w ten sam sposób je zwracała, lub przez Zenka, sąsiada.

Nie na długo przed śmiercią Babcia Klimka wypowiedziała spokojnie, refleksyjne, będące podsumowaniem całego życia, a zwłaszcza Jej ostatnich sześciu lat, – te słowa: – Człowiek nie powinien się rodzić… Umarła też w samotności, nikt z najbliższych nie był przy Jej zgonie!

Mimo tak trudnego życia, osamotnienia na starość i w chorobie, nigdy się nie skarżyła, nie narzekała, nie była zgorzkniała. Nie miała do nikogo pretensji, żalu. Nikogo nie oskarżała. Była zawsze pogodna.

W czas pierwszej wojny, podczas tułaczki, nie miała przy sobie nikogo ze swojej rodziny Olechów, ani żadnej o nich wieści. Był z nią tylko Ludwik i jego rodzina Adamiaków i ich wspólne z Ludwikiem dzieci, które starała się chronić, jak mogła, a które jej umierały… Co czuła, gdy słyszała pieśni wielkopostne: „Matki, co synaczki macie, jakoż wy się w nich kochacie. Cóż ja, com miała jednego, już nie będę mieć żadnego?!” Co czuła słysząc: „Ach ja matka tak żałosna, boleść mnie ściska nieznośna – miecz me serce przenika”. I to w czas obu wojen, a także, tuż po wojnie, gdy jej dzieci, już dorosłe, Janka i Felek, przeżywały nieludzkie traktowanie, w bardzo ciężkim więzieniu na Zamku Lubelskim. Współczuła każdej krowie, gdy zabijano, lub odbierano jej cielęta i kotce, gdy zabijano jej kocięta.

Dzieci

Joanna Matraszek z córką Anielą 1950

Joanna Matraszek (z.d. Adamiak) z córką Anielą, autorką „Wspomnień”. Zdjęcie z roku 1950.

Janka, najstarsza z żyjących dzieci, zaczęła narzekać na ból nogi w wieku ok. 8 – 10 lat. Ale kto by się tam takim „drobiazgiem” przejmował. Jest robota – trzeba by była zrobiona. Nastka i Felek – młodsze o 4 i 7 lat. Te, to dzieci, a ta najstarsza, to musi robić. Jest to najtrudniejszy i najcięższy okres pionierski w życiu rodziny, gdy brakowało wszystkiego i wszystkiego trzeba było się dorabiać. Z konieczności, najwcześniej przyjmowała obowiązki osoby dorosłej, a do tego dochodziła opieka nad młodszym rodzeństwem, które zawsze było, w stosunku do niej, dziećmi. Czym młodsze, tym dłużej dziecko i dłuższe szczęśliwsze dzieciństwo – gdyż, po bardzo ciężkim początkowym okresie dorabiania się z niczego, teraz już się wszystkim żyje coraz lepiej. Najstarsze dzieciństwa nie miało…

Rodzina była na dorobku. W gospodarstwie u Dziadków liczyła się, przede wszystkim, praca produkcyjna. Była ręczna i ciężka: widłami, cepami, pługiem, siekierą, kosą – słowem męska robota. To, co w domu, było mniej ważne – to „nie robota”. Mniejszą robotą było, więc: ręczne pranie, prasowanie, gotowanie, ręczne dojenie krów i wyrób przetworów mlecznych, rwanie i czyszczenie lnu czy konopi, przędzenie na kołowrotku lub wrzecionem, skubanie pierza, bielenie, wyrabianie ciasta i cotygodniowe pieczenie chleba w piecu chlebowym, dla całej licznej rodziny i służby; także szycie, oraz wszystko, co mogły robić dzieci lub chora Klimka; także pilnowanie maciory i prosiąt, krowy na ocieleniu. Opiekowanie się dziećmi, to zbytnie pieszczenie się i strata cennego czasu. Do kobiet należały też warzywne grzędy i ciężka praca w polu – to już robota. Robotą była taka, która wymagała męskiej siły Ludwika, której nikt inny nie mógł wykonać. Tej „nie roboty” było od świtu do nocy, dzień po dniu i ponad siły, i też była konieczna. Później „ważną robotę” przejął Felek, a następnie także Józio. Naprawdę tej roboty nikt oprócz mężczyzn nie mógł wykonać, było jej także niezmiernie dużo, a była podstawową w gospodarstwie rolnym. Stanowiła bazę utrzymania dla całej rodziny.

Nastka i Mikołaj Błaziak rok 1934

Ślubne zdjęcie Nastki (z.d. Adamiak) i Mikołaja Błaziaków z roku 1934

Co do nauki, to była konieczna dla Felka, bo to chłopak, duma i nadzieja, przyszłość rodu, Adamiak, najmłodszy. W czasie jego dzieciństwa, poprawiały się już systematycznie warunki bytowania. Felek ukończył, więc, całą szkołę powszechną – siedem klas. Janka tylko dwie zimy, – bo to dziewczyna i najstarsza, a robota w polu i w domu, ciężkie obowiązki w gorący czas dorabiania się. Mama Klimka wciąż była chora. Janka poszła parę razy do krawcowej i starczy. Nastka już więcej miała nauki. Janka czuła o to żal. Wszak utykając na chorą nogę mogła mieć pracę, która by nie obciążała tak bardzo tej nogi, np. szyć. Tym bardziej, że i tak, bez nauki szycia, obszywała całą rodzinę. Może nie doszłoby do gruźlicy kości prawego kolana, gdyby noga nie była systematycznie przeciążana, nie mówiąc już – leczona. Była trochę w szpitalu.(&4).Na ile stać było chłopa na dorobku.

Gospodarstwo

Ważniejsza była gospodarka, ziemia. Trzymano się poglądu, że ziemia to stabilizacja i źródło utrzymania. Ziemia nawet wojnę przetrwa. Uważano, że ziemia to grunt i pewność, że roboty nie zabraknie, więc i szansa, że głodu nie będzie. Zazdrościły dziewczyny – Janka i Nastka – innym swobody i lżejszego życia. Inne miały czas polecieć to tu, to tam, poznać świat szerzej niż po miedzę. A tu robota do upadłego i jeszcze nie wszystko zrobione. Nawet niejedna „biedna” ma trochę roboty w domu; od czasu do czasu pójdzie na zarobek i ma coś dla siebie, a tu ciężko, szczególnie w okresie prac polowych. Wówczas w domu i w polu trzeba zrobić, a każdy zdobyty grosz idzie w gospodarkę. Plon ojciec Ludwik sprzeda i dokupi dwie morgi. Na przyszły rok będzie jeszcze ciężej. Cała robota w polu ręczna, na kosę i za kosą, konikiem.

Rozumiał Dziadek potrzebę maszyn. Wnet był kierat z sieczkarnią i maszyna „trybówka”, do młócenia zboża, na kierat – o wiele lepsze to niż cepy; młynek do czyszczenia ziarna, w domu kołowrotek – dużo lepszy niż wrzeciono. Dziewczynom kupił po maszynie do szycia „Singer”! Ja szyję nią do dziś. Pług jedno i dwuskibowy, brony żelazne. U ludzi bywały drewniane, ktoś przyszedł do młocki z drewnianymi widłami; był wał drewniany, siewnik, para koni, wóz drabiniasty i z gnojówkami, kultywator, wasąg do kościoła. Po wojnie Ludwik kupował maszyny już nowoczesne: młocarnię z wytrząsaczami, silnik benzynowy, żniwiarkę, kosiarkę, grabiarkę. Do pracy przy maszynach angażowali wszystkich, do ich naprawy – Felek i Józio, bo miał do tego smykałkę. Wirówka do mleka, kupiona pod koniec wojny, służyła nam wszystkim do lat pięćdziesiątych, tj. do czasu, gdy zaczęto oddawać mleko do mleczarni.

Dom na terenie gminy Fajsławice lata 30te

Dom na terenie gminy Fajsławice, wybudowany w latach 30-tych.

Z sześciu morgów w posagu powstało czterdzieści, w niespełna 15 lat. Cud gospodarczy w dziesięciu palcach swoich, chorej żony i dzieci. Zazdrość sąsiadów to cecha ludzka – choć brzydka. Budynki: drewniana chałupa z czterema oknami, oddzielną kuchnią i komorą; obora, duża stodoła, spichrz zbożowy z piwnicą, murowany, z własnego kamienia, z kopalni, w swoim zagajniku, a z końcem wojny nowa chałupa szalowana pod blachą – ozdoba do dziś! Już przed wojną były plany stawiania nowej chałupy, ale wojna przeszkodziła. Krowy – 6-8 sztuk rozdzielili pomiędzy dzieci: po dwie dostał każdy i jedną dla siebie.

Majątek miał zapewnić przyszłość dzieciom i wnukom, by nie musiały tułać się po świecie. O zdrowie nie dbano aż tak bardzo. Uważano, że samo zdrowie, nie może zapewnić przeżycia, a nawet chory, ale z majątkiem, może żyć. Nie ma pewności, czy bez roboty będziesz zdrowy. Jeżeli będziesz cierpiał głód i chłód, to też się rozchorujesz.

 Masę było „rajzerów” – włóczęgów, co chodzili wzdłuż szosy Warszawa – Lwów, żebrali i kradli. Trzeba było dobytku pilnować. Przychodzili też kraść z Młodziejowa. Gdy kradzieże stawały się bardzo uciążliwe i systematyczne, Ludwik pożyczył od swojego brata z Siedlisk karabin, który ten zabrał ze sobą, gdy wracał z frontu. W nocy się zaczaił i gdy usłyszał szabrujących złodziei – wystrzelił. Kradzieże ustały.

Koniec części III

Dzieje rodziny Ludwika i Klementyny Adamiaków od wielkiej ucieczki na wschód do końca II wojny światowej zostały spisane przez ich wnuczkę Anielę Matraszek

20160304134750_00002

Karol Matraszek, brat autorki, który dokonał korekty i uzupełnienia tekstu.

Redakcja i uzupełnienia: Karol Matraszek

Wstęp

Dzieje rodziny Ludwika i Klementyny Adamiaków od wielkiej ucieczki na wschód do końca II wojny światowej – Cześć I

Dzieje rodziny Ludwika i Klementyny Adamiaków od wielkiej ucieczki na wschód do końca II wojny światowej – Cześć II

Jeżeli chcesz aby ta historie poznali także twoi znajomi => udostępnij ją na Facebooku.