Niezłomni 1946 – wspomnienia Karola Matraszka

Joanna Matraszek z córką Anielą 1950

Joanna Matraszek (z.d. Adamiak) z córką Anielą. Zdjęcie z 1950 roku

WSTĘP

7 września 1946 r. – wieczór. Byliśmy już w łóżkach. Nagle usłyszeliśmy szczekanie, ujadanie naszego psa, wabił się Bukiet. Biały z czarnymi łatkami. Mama wyjrzała. Po chwili wróciła:

– To, Piotrek Bańka. Jechał rowerem z Piask od „Jadzinka” z rozkazem do Dziachanów, gdzie kwaterował oddział partyzantów Antoniego Kopaczewskiego, ps. „Lew”. Jechał drogą okrężną, ponieważ, jak wyczuwał, był śledzony. To go niepokoiło.

Rano Mama usłyszała strzały. Wyszła za stodołę zobaczyć, co się dzieje. Zobaczyła mężczyznę wybiegającego, z ignasińskiego lasu, ktoś go gonił. Krzyki, przekleństwa:

– Stój! Stój! Ty, s…! Strzały i kule, które zaryły w ziemię, niedaleko mamy. Widziała, że ktoś upadł, już na nasze pole.

Zginął wówczas partyzant Stanisław Pędrak, ps. „Poleszuk”, który trzymał tej nocy wartę.

Zaraz po tym, po drugiej stronie lasu rozpoczęła się duża strzelanina i pokazał się bardzo wysoki dym i łuna od pożaru, ponad lasem. Potem bardzo czarny dym. Paliły się zabudowania Dziachanów.

Opis akcji UB w gospodarstwie Dziachanów na Ignasinie w dniu 8 września 1946 roku

Przyszła do nas Babcia. Co robić? Strzały pojedyncze się powtarzały. Potem wszystko ucichło.

Od strony ignasińskiego lasu ukazały się dwa wojskowe samochody. Początkowo jechały wprost na nasze zabudowania – przez pola, bardzo powoli, w dużej odległości od siebie – ale wnet skręciły na północ, w kierunku szosy. Odetchnęliśmy z ulgą. Odjeżdżają!

Tymczasem samochody zatoczyły duże koło i jeden wjechał na nasze podwórze. Drugi zatrzymał się w pewnym oddaleniu. Wyskoczyło z niego kilkudziesięciu uzbrojonych, w wojskowych mundurach. Obstawili nasze zabudowania dookoła.

Z szoferki wysiadł, ku naszemu wielkiemu zdziwieniu, znany nam wszystkim bardzo dobrze – partyzant Ziętek, ps. „Kulawy”, „Nieznany”, lub „Hejnał”, który zajmował się drukowaniem i kolportowaniem nielegalnych ulotek i pisma „Wolność”, Polskiego Państwa Podziemnego i był u nas, jeszcze dwa dni temu. Ujęty przez nich ostatniej nocy, torturowany, – teraz ubrany w mundur oficera SB, służył im za żywą tarczę. Jednocześnie wyskoczyli za nim dwaj inni, też w podobnych mundurach.

Zabici żołnierze

Zabici w trakcie akcji w gospodarstwie Dziachanów w dniu 8 września 1946 rok

Weszli do naszego mieszkania. Jeden stanął w drzwiach, z automatem wycelowanym w naszą stronę, gotowym do strzału. Ziętek utykał, milczał, był mocno przygaszony, natomiast drugi był bardzo agresywny. Wymachując pistoletem, domagał się wydania wszystkiego, co pozostawili „leśni”. Ponaglał także Ziętka, żeby się do jego żądań przyłączył. Ten, wówczas cicho, bardzo ciepłym, porozumiewawczym, wręcz poufałym głosem, powiedział:

– Tak, tak, trzeba wszystko wydać, także drukarnię.

Nastąpiły dalsze groźby.

Najbardziej trudny, dramatyczny był moment, gdy ubowiec zaczął Mamie wygrażać karabinem. Popychając ją lufą, krzyczał:

– Idź, za stodołę, to cię k… zastrzelę. Mama przytuliła do siebie, stojącą najbliżej, najmłodszą, malutką Anielcię:

– Strzelaj tutaj. Wszystkich. Zaczynaj od najmłodszego. Po co wam sieroty? Nie dam. Sierot nie zostawię.

Ten, opuścił karabin.

W tej sytuacji, niezwykle dzielnie zachowywał się dziesięcioletni Józio. Cały czas, był bardzo aktywny. Gdy Mamę osaczało czterdziestu ubowców, on przejął pieczę nad nami i na boku, dyskretnie instruował nas, co mamy robić. Gdy nie odpowiadał – tak, jak oni chcieli – na ich pytania o maszynę do pisania i partyzantów – grozili mu i poszturchiwali kijem.

Starał się być wszędzie tam, gdzie plądrowali.

Przeprowadzili dokładną rewizję wszędzie i wszystkiego.

Znaleziono Józia pistolet odpustowy na kapiszony, który znalazca wszystkim pokazywał, jako dowód wychowywania na „bandytów”. Zabrali.

Jeden z nich, też, mnie wziął na spytki. Myślał, że pójdzie mu ze mną łatwo. Bardzo się przeliczył. Ja miałem już siedem lat. Miałem poza sobą pięć lat wojny i okupacji, i dwa lata życia w powojennej konspiracji. Wiedziałem doskonale, jak mam się zachować i co mam mówić, w takich przypadkach.

Gdy pytał mnie, czy znałem Pędraka, zacząłem mu opowiadać o pędraku, który jest w ziemi, a nie o partyzancie, który tak się nazywał i miał pseudonimy: „Stary”, „Poleszuk”, „Długi”, a którego znałem bardzo dobrze.

Zabudowania Matraszków

Ruiny domu Matraszków. Po lewej izba mieszkalna, po prawej pomieszczenie gospodarcze, w którym przechowywano maszynę do pisania i drukarnię żołnierzy AK i WiN

Gdy niczego nie mogli znaleźć, byli wściekli i szantażując zabierali się do podpalania naszych zabudowań. Razem z Mamą błagaliśmy ubowca, który trzymał w ręku, już zapaloną zapałkę i przytykał do snopka słomy w zapolu.

Drugi mierzył długo i dokładnie, z karabinu, w słomianą strzechę stodoły, gotowy wystrzelić, ale w ostatniej chwili powstrzymał go jego przełożony:

– Bez mojej wiedzy nie strzelać.

Nagle niespodziewanie, najeźdźcy pokazali nam, rzekomo znaleziony w stodole, karabin, granaty, granatnik i amunicję.

W krytym plandeką samochodzie, do którego załadowano naszą Mamę, znajdowali się już, aresztowani partyzanci, którzy przeżyli pogrom u Dziachanów – skuty kajdankami Piotrek Bańka, ps. „Lisek” i jęcząca, silnie poparzona Michalinka Dziachan, ps. „Sikorka”, sanitariuszka i łączniczka oddziału. Podawaliśmy jej, z Józiem, wodę, bo błagała.

Znajdowały się także dwie zastrzelone świnie Dziachanów – trofeum.

Nas, też chcieli zabrać, ale do innego miejsca odosobnienia, bez kontaktu z Mamą. Bardzo usilnie, rozpaczliwie błagaliśmy, żeby tego nie robili. Ostatecznie, całą naszą płaczącą rozpaczającą trójkę zamknęli w budowarku, drzwi podparli kołkiem i odjechali.

Wieść o dramatycznych wydarzeniach szybko się rozeszła po okolicy. Po sumie przyjechali – Bajczyki z Oleśnik, ciocia Nastka Błaziak z rodziną, z Fajsławic i ktoś jeszcze. Mężczyźni postanowili pójść na miejsce największych tragicznych wydarzeń tego dnia, u Dziachanów – 1km.

Zaledwie uszli około 200 metrów, gdy zobaczyliśmy, jak jadąc od strony szosy, zbliża się do nich wojskowy samochód. Podjechał i kazali wszystkim wsiadać. Jedynie sześcioletni Gienek Mikołajów nie posłuchał rozkazu i uciekł do domu, nie reagując na wołania i groźby, żeby się zatrzymał. Jeden z ubowców zdejmował już karabin z ramienia!

Nowa rozpacz! Rano zabrali Jankę i Felka, teraz wszystkich mężczyzn! Obserwowaliśmy to wszystko, ukryci w sadzie, z tyłu za nową chałupą Dziadków.

Po godzinie zobaczyliśmy wszystkich, powracających do domu. Użyto ich, dla swojego bezpieczeństwa, jako żywe tarcze i do załadowania na samochód zabitych partyzantów. Zginęło tam wówczas osiem osób dorosłych i jedno dziecko.

Mojego wujka Felka zaaresztowano zupełnie „przypadkowo”. Jak zawsze, rano, pojechał rowerem na ranną mszę, o godzinie dziewiątej, w Fajsławicach.

Ponieważ u Dziachanów trwała już strzelanina, przezornie nie poszedł do kościoła, ale wstąpił do swojej siostry Nastki, żeby dokonać rozeznania sytuacji.

Gdy wrócił do domu, usłyszał od ojca Ludwika:

– Felek, ty się tutaj nie kręć, bo oni Jankę już zabrali, ale woleliby, żeby to był młody, zdrowy, silny mężczyzna, a nie słaba, schorowana, z trójką małych dzieci, kobieta.

Felek wsiadł na rower i natychmiast pojechał w kierunku przeciwnym do miejsca zdarzeń, w tym dniu, w stronę granicy. Tutaj natknął się na akcję służb bezpieczeństwa z Krasnegostawu, którzy gonili szwagra „Lwa” – Smolirę, pseudonim „Starszy”. Felek znalazł się niespodziewanie w samym centrum obławy. Gdy się okazało, że jest bratem aresztowanej Janiny, sukces goniących był nadspodziewanie wielki!

Siedział do 16 września na UB w Krasnymstawie. Potem został przewieziony do Lublina, gdzie w resorcie na Nowotki „Pod Zegarem”, przez kilka dni, był bardzo brutalnie przesłuchiwany.

Następnie trafił na zamek.

Wrócił z więzienia dopiero po czterech miesiącach, po złożeniu przez Ludwika bardzo wysokiego okupu, komu należało.

31 grudnia 1946 roku, zobaczyliśmy, z Józiem, jakąś dziwną postać idącą od szosy, bardzo, bardzo powoli. Ten ktoś zwrócił naszą uwagę, bo był obdarty, zarośnięty, bardzo nędznie wyglądający, z tobołkiem na ramieniu.

Józio, jak zawsze, spostrzegawczy, szybko kojarzący fakty, logicznie myślący, natychmiast pobiegł do domu i oznajmił, że zbliża się do nas jakiś nieznany wędrowiec w nędznych łachmanach, a ponieważ był to 31 grudnia, to nikt inny, tylko jest to… na pewno – bardzo przekonywująco tłumaczył wszystkim Józio… – Stary Rok!

Nie żądny takich tanich sensacji, Dziadek Ludwik nie zareagował i powrócił do dalszych swoich obowiązków.

Ja i Józio, z wielką ciekawością, razem z Mańką Pniewską, wyglądaliśmy zza chałupy, starając się zgadnąć, kto to może być. Zdziwienie i zaskoczenie wzrastało, gdy owa zagadkowa tajemnicza postać, minąwszy zakręt drogi, skierowała się na skośną ścieżkę w sadzie i szła… wprost w naszą stronę!

– Idzie, idzie…, idzie do nas!!!???

Ten ktoś, został rozpoznany dopiero wówczas, gdy był od nas zaledwie na kilka kroków. Pierwsza, zdziwiona, szepnęła cichutko, niepewnie, kto to jest, Mańka Pniewska.

Ja, go nie poznałem, przede wszystkim, ze względu na wąsy i długą, szarą, lekko rudawą brodę.

Okazało się, iż ów nieszczęśnik, w porwanej kurtce z całkowicie wyleniałym kołnierzem, brudny, wychudzony, zarośnięty, z długimi włosami, wąsami i długą brodą, z tobołkiem na ramieniu, jest to… nasz Felek!

Natychmiast pobiegłem z radosną wiadomością do Babci Klementyny, która, w tym czasie, gotowała coś na kuchni.

Następnie, po niezwykłym niecodziennym przywitaniu z matką Klementyną, Felek wyszedł na podwórze szukać ojca Ludwika, a Babcia poszła do komory, żeby się wypłakać.

Felek, wypuszczony z więzienia, nie mając żadnego środka lokomocji, przyszedł z Lublina do domu… pieszo!

W stosunku do Janki nie udało się dokonać wykupu. Zabrakło też, już środków. Wszelkie pisma do władz, wskazujące na to, że przetrzymywana jest bez sprawy, niewinna schorowana osoba, wychowująca samotnie trójkę małych dzieci, które pozostały bez jej – jedynie przez nią, dotychczas sprawowanej opieki, nie znajdywały żadnego odzewu i zrozumienia.

Dochodziły do nas przerażające wieści, w jakich warunkach są przetrzymywani więźniowie i jak brutalnie się z nimi obchodzą. Najbardziej przeżywała to Babcia Klementyna. Płakała, głośno szlochała i modliła się na głos, całymi dniami. Ja też, bardzo żarliwie, słysząc jak mówili, że modlitwa takiego małego niewinnego dziecka, może być najbardziej wysłuchana.

Żeby ulżyć, głodującym więźniom, starano się dowozić niewielkie paczki, przede wszystkim z żywnością, które były im „regulaminowo” przynależne, co jakiś czas.

Czasem jeździła, mimo ciężkiego stanu zdrowia, Klementyna, – chociaż mogła udźwignąć tylko bardzo leciutką przesyłkę – ale Ludwikowi jeszcze trudniej było opuścić gospodarstwo na cały dzień.

Babcia nigdy w życiu, przedtem, nie była w Lublinie, ani innym dużym mieście. PKS-u jeszcze wtedy nie było. Na samochody ciężarowe, które jeździły z Piask bardzo rzadko i zawsze okropnie przepełnione, nie można było liczyć.

Pewniejszy był pociąg, na który do stacji w Trawnikach, lub w Biskupicach było 11 kilometrów. Pociągi, też były bardzo zatłoczone do granic możliwości i trudno było do nich wejść. O miejscach siedzących nie można było nawet myśleć.

Od stacji w Lublinie do więzienia na Zamku, znów piechotą, kilka kilometrów.

Paczki zdawało się w wielkim tłoku i długo czekało się na ich przyjęcie. Często, pod bardzo błahym pozorem paczki nie przyjęto. Czasem przyjmowanie paczek, było karnie wstrzymane dla danego więźnia, całej celi, a nawet dla całego oddziału.

Najbrutalniejszy, przy przyjmowaniu paczek, postrachem wszystkich, był strażnik Flor.

Przesiedziała Mama w takich warunkach, bez sprawy, bez wyroku, przesłuchiwana często i bardzo brutalnie przez prokuraturę wojskową, przyjeżdżającą czasem specjalnie do niej, nawet z Warszawy – do 14 kwietnia 1947 roku.

Powróciła do domu w bardzo ciężkim stanie zdrowia. Strażniczka oddziałowa złośliwie odebrała jej w więzieniu laskę, którą ona się podpierała, ze względu na swoją chorą nogę.

Chustka i różańce z chleba wykonane

Pamiątkowe relikwie rodziny Matraszków: różańce z chleba i chustka wykonane własnoręcznie przez Joannę Matraszek w trakcie pobytuw więzieniu na Zamku Lubelskim. Do wykonania chusty użyła własnego ubrania w którym została aresztowana. Zdecydowała się na to bo nie była pewna czy przeżyje więzienie, a chciała aby dzieci miały po niej pamiątkę.

Stawianie ją do karceru pod basztą, na długie, niezwykle straszliwie długie godziny, w zimnej, brudnej, cuchnącej wodzie, gdzie pływały nawet odchody ludzkie skazanych, było przyczyną silnego pogorszenia się ogólnego stanu zdrowia i nieco późniejszego bardzo ciężkiego ischiasu.

Po przyjściu do domu, do dzieci nawet nie mogła się dotknąć, bo miała wszy, pchły i świerzb. Chociaż wszystkim gotowała, dzięki zachowanej wielkiej ostrożności, żadne nie zachorowało i wszy nie zdążyły je obsiąść. Ubranie całe, natychmiast wrzuciła w ogień, pod fajerkę w kuchni.

Drugi raz, Felka zabrano do więzienia w 1949 roku, też „przypadkowo”. Zbliżał się wieczór. Felek nakładał czapkę i zmierzał do drzwi wyjściowych. Na pytanie Ludwika:

– Gdzieś się wybierasz?

– A, wpadnę do kolegi – Cześka Zgierskiego, na Klimusin.

W nocy przybiegła Janka od Kuziołów z wiadomością, że UB zrobiło u Zgierskiego „kocioł”, w poszukiwaniu jakiegoś „Zygmunta” i zatrzymało także Felka, który brutalnie traktowany, marznie wraz z innymi, położony na śniegu. Gdy się już długo nie poruszał, ubowiec mówiąc:

– A, może któryś już zdechł – kopnął go mocno w okolice serca. Felek będzie bardzo długo, to kopnięcie odczuwać.

Ludwik natychmiast poszedł tam z kożuchem, żeby go okryć.

Rano, UB zabrało Felka na przesłuchanie do Krasnegostawu. Był tam krótko, kilka dni. Po przeprowadzonym śledztwie, wrócił do domu z chorymi nerkami. Ludwik woził go do lekarzy.

20160304134750_00002

Autor wspomnień – Karol Matraszek

Autor: Karol Matraszek

Szczecin, 31.03.2016 rok