O dwóch wizjach samorządu. Polecamy artykuł prof. Michała Kuleszy pt. “Tożsamość lokalna” opublikowany w roku 2000 roku. Te słowa są wciąż aktualne

Dziesięć lat, czyli od chwili odrodzenia się samorządu terytorialnego, ścigają się w Polsce dwie wizje samorządów: jedna, to nurt samorządu technokratycznego, a zatem takiego, który jest w stanie tanio i sprawnie dostarczać usługi administracyjne i świadczenia publiczne. Nurt drugi kładzie nacisk raczej na aspekty kulturowe, na tożsamość lokalną i więzi społeczne.

Dziś częściej słychać zwolenników modelu technokratycznego. Komfort życia jednostki w społeczeństwie zależy – powiadają – przede wszystkim, od tego, czy usługi komunalne, administracja i instytucje publiczne działają sprawnie i są na odpowiednim poziomie. Dodatkowo przewagę podejścia technokratycznego uzasadnia się tym, że w Polsce lokalnej demokracja nie przyjęła się zanadto. Polacy nie lubią uczestniczyć w wyborach i uważa się, że gdy frekwencja sięga 40 proc., jest zadowalająca.

Imperium kontratakuje Rozwój modelu technokratycznego ma jednak granice. Dobrze widać to w Niemczech, gdzie taka właśnie wizja zarządzania sprawami publicznymi zaczyna prowadzić do zaniku społecznej i demokratycznej funkcji samorządu. W wielkim uproszczeniu paradoks ten pojawia się dlatego, że usługi publiczne i funkcje administracyjne wykonywane są tak sprawnie, iż – w istocie rzeczy – obywatele nie mają nad czym głosować. Więcej, urządzenia techniczne, instytucje i przedsiębiorstwa usprawniły komunikację bezpośrednio z użytkownikami i odbiorcami swoich usług (a nie z całą społecznością – elektoratem). Większość tych usług finansuje się z opłat ponoszonych przez użytkowników, a nie z podatków, które płacą wszyscy. Więź mieszkańców z samorządem osłabia się jeszcze bardziej, gdy następuje prywatyzacja usług publicznych. Decyzje największego kalibru podejmowane są i tak nie w gminie, lecz w gabinetach firm inwestorskich. To zniewala. Ludzie nie widzą zatem potrzeby wypowiadania się w wyborach. Następuje zanik społecznej funkcji samorządu.

My mamy to wątpliwe szczęście, że w większości polskich gmin i powiatów usługi publiczne, instytucje i administracja lokalna wciąż jeszcze nie działają perfekcyjnie. Jest się więc na co pozłościć. Ludzie chcą też być uczestnikami zmian zachodzących w ich najbliższym otoczeniu, zazwyczaj dlatego, że nie mają zaufania do rządzących, chcą więc im patrzeć na ręce.

Z punktu widzenia samorządu jest to zła wiadomość: coraz częściej mieszkańcy uprawiają demokrację z przesłanek negatywnych, gdy mają zastrzeżenia pod adresem sprawujących władzę. Oznacza to, że dla wielu bez znaczenia jest poczucie wspólnoty lokalnej.

W 1993 r. i ponownie w roku 1998 odbywała się burzliwa dyskusja nad wielkością powiatów. Jedni twierdzili (zaliczam się do tej grupy), że przeciętny powiat ziemski powinien mieć wielkość około 80-100 tys. mieszkańców. Taką mapę ostatecznie właśnie mamy (przeciętna wynosi 85 tys. mieszkańców). Chodziło właśnie o to, aby ludzie głosowali nie tylko za administracją sprawną technicznie, ale taką, która dba o poczucie tożsamości kulturowej, historycznej, o więzi społeczne w skali lokalnej itd.

Inni chcieli duże powiaty, dwa razy większe: 170-200 tys. ludności. Motywowali to rewolucją informatyczną, wymaganiami ekonomii skali w zarządzaniu itp.

Na konferencji w Niemczech „Globalizacja – polityka komunalna, wyzwania dla XX wieku” okazało się, że w wielu krajach wysoko rozwiniętych zagubiono tożsamość miejscową. Zwłaszcza lata 60. i 70. przyniosły reformy technokratyczne – uznano, że lepiej likwidować małe jednostki terytorialne, tworząc duże, ponoć sprawniejsze. Teraz już wiadomo, że związana z nimi obniżka kosztów jest niewielka, przynajmniej w skali administracyjnej, opłacona jest natomiast dezintegracją życia zbiorowego, zagubieniem jednostki ludzkiej i rodziny. Dziś próbuje się to odbudowywać.

Dla Polski to jest memento, zwłaszcza że niebawem będziemy dzielić się dopiero co odzyskaną suwerennością państwową, narodową ze strukturami europejskimi. Istotne więc, aby poczucie interesu narodowego mogło znaleźć fundament w poczuciu tożsamości lokalnej. Człowiek musi mieć pozytywne związki z konkretnym miejscem na mapie, nawet jeśli los niesie go w inne rejony świata.

Wtedy rzeczy mają właściwe proporcje, wybiera się ludzi, którzy mówią naszym językiem, są jednymi z nas, chcą dobra tej ziemi. Życie zbiorowe nabiera innego znaczenia.

Nie chcę umniejszać wagi podejścia technokratycznego. Usługi publiczne muszą być bowiem dostarczane sprawnie, tanio, na wysokim poziomie. Przestrzegam tylko przed wyborem: myć ręce czy nogi.

 

źródło: „Wspólnota” z 21 października 2000 r. nr 43