Prof. Stępień o „kokonach” lokalnej władzy: „Samodzierżawie w samorządach doprowadziło do nepotyzmu!”

Jerzy Stępnień

Wójt kontroluje stanowiska w gminie. Ta grupa tworzy kokon niezainteresowany zmianami, a już w żadnym wypadku zmianą wójta. To klęska samorządu.

Wywiad z prof. Jerzym Stępniem – prawnikiem, senatorem I i II kadencji, sędzia Trybunału Konstytucyjnego w stanie spoczynku, a w latach 2006–2008 prezes TK, jeden ze współautorów ustawy o samorządzie gminnym. 

AGATA NOWAKOWSKA: Jest pan jednym z ojców reformy samorządowej w Polsce. Tak to miało wyglądać?

JERZY STĘPIEŃ: Rozziew pomiędzy pierwotną wizją a obrazem dzisiejszej Polski lokalnej jest tak ogromny, że chwilami powątpiewam, czy plan i jego realizacja mają ze sobą coś wspólnego.

Znalazłam taki cytat z pana podsumowujący 25 lat samorządów: „Z trudem i rozgoryczeniem przychodzi mi postawić kropkę nad i, ogłaszając szokującą niektórych opinię, że w tej chwili nie możemy już mówić o samorządzie gminnym w ogóle. Zachodnioeuropejski standard cywilizacyjny fundamentu demokracji zamieniliśmy po prostu w samodzierżawie”. Gminy to udzielne księstwa z własnymi kacykami?

– Mamy w gminach władzę jednego człowieka: wójta, burmistrza lub – w wypadku dużych miast – prezydenta.

Zawdzięczamy to rządowi SLD-PSL. Już w 1994 r. Sejm zdominowany przez posłów SLD i PSL uchwalił ustawę o bezpośrednim wyborze: wójta, burmistrza i prezydenta, jednak skutecznie zawetował ją prezydent Lech Wałęsa. W 2001 r. koalicji SLD-PSL udało się już bez przeszkód wcielić te rozwiązania w życie.

Politycy Sojuszu przekonywali wówczas, że burmistrzowie (wójtowie, prezydenci) są marionetkami w rękach rad gminy, nie mogą być włodarzami z krwi i kości. A wybory bezpośrednie sprawią, że zagłosuje więcej osób.

– Frekwencja z kadencji na kadencję maleje. Wójtowie, burmistrzowie i prezydenci całkowicie uniezależnili się od rady, niektórzy nie przychodzą nawet na jej posiedzenia. Jeden burmistrz z Dolnego Śląska szczyci się tym, że od 12 lat nie był na posiedzeniu rady.

Chcielibyśmy do Zachodu, ale duchowo bliżej nam do tych „cywilizacyjnych” wzorców, które skłonne są powierzać całość spraw publicznych „mężom opatrznościowym”, wodzom i natchnionym przywódcom, zamiast wytrwale, w stałej współpracy z innymi ucierać stanowiska i uparcie osiągać wspólnie ustalone cele.

Rady są dla burmistrzów balastem?

– Bardzo często słyszę od nich takie zdanie: rada jest balastem, bo nie bierze żadnej odpowiedzialności. Ja rządzę jednoosobowo i jednoosobowo ponoszę odpowiedzialność, nawet jak będę siedział w więzieniu, co już się niejednokrotnie zdarzyło. To jest jakaś tragifarsa, że można w Polsce rządzić miastem z więzienia!

A przecież Europejska Karta Samorządu Lokalnego, którą Polska ratyfikowała w 1994 r., mówi wyraźnie, że społeczności lokalne rządzą się za pośrednictwem rad, którym podlegają organy wykonawcze.

Coś tam jednak rada może, np. zarządzić referendum w sprawie odwołania burmistrza.

– Może, ale to jest bardzo trudne. Rada nie kontroluje burmistrza poprzez budżet, bo nawet jak nie uchwali budżetu proponowanego przez burmistrza, to i tak ostatecznie uchwali go regionalna izba obrachunkowa. Rada może nie udzielić burmistrzowi absolutorium z wykonania budżetu, jak ostatnio zdarzyło się w Łodzi, ale niczym to nie skutkuje. Kontrola finansowa w samorządzie jest raz na cztery lata. Prof. Michał Kulesza mawiał, że już od dawna mamy z powrotem znane z PRL „rady narodowe” z radnymi bezradnymi.

Burmistrzowie mają swoje „dwory” w postaci urzędów gminy.

– To kolejny grzech reformy: jeszcze Sejm kontraktowy zdecydował, że nie będzie stanowiska dyrektora miasta, a na czele urzędu gminy stać będzie sekretarz wykonujący zadania wskazane przez wójta. Kontrolę nad administracją gminy znów sprawuje nie rada, tylko wójtowie, burmistrzowie i prezydenci.

Tymczasem oddzielenie polityki od administracji to podstawowy standard europejski. Są politycy z wyboru, którzy nadają kierunek, strategię, ale do tego mają profesjonalny, odpowiedni aparat, wykształcony, podnoszący swoje kwalifikacje. W gminie nastąpiło już całkowite zlanie się tych dwóch funkcji. To tak jakby premier był jednocześnie szefem kancelarii premiera i miał pod sobą wszystkich dyrektorów w ministerstwach. Tak się to nieprawdopodobnie wykoślawiło w ciągu tych 25 lat.

To wszystko spowodowało dwie bardzo negatywne rzeczy: zbyt silną, jednoosobową władzę złączoną z częścią administracyjną oraz marginalizację rad gminy czy miasta. Ludzie, którzy widzą, jaka jest rzeczywista pozycja rady, nie angażują się, nie kandydują.

Tu dotykamy sedna sprawy: lokalna władza – jak twierdzi Jacek Kucharczyk, szef Instytutu Spraw Publicznych – aż w 70 proc. się odtwarza. Niektórzy prezydenci walczą o czwartą kadencję.

– To samodzierżawie w samorządach doprowadziło do nepotyzmu i całkowitej utraty wiary przez społeczności lokalne, zwłaszcza te mniejsze, w możliwość zmiany.

Więcej…

Źródło: http://wyborcza.pl