Różaniec z więziennego chleba – część pierwsza – „Aresztowania”

Różaniec z więziennego chleba 1

 Dom „bieżeńców” – bezpieczne schronienie dla wszystkich tułaczy

Mieszkaliśmy – mama z trójką małych dzieci – w pobliżu rodziców mamy, Ludwika i Klementyny Adamiak. Mieszkał razem z nimi ich syn, nasz wujek Felek.

My, całymi dniami przebywaliśmy u nich.

W czasie wojny, do ich zabudowań trafiali różni ludzie.

Najpierw, polscy żołnierze września 1939 r., wracający do domu po rozbiciu ich oddziałów – z prośbą o nocleg, posiłek, umycie się, zmianę ubrania na cywilne – bowiem mundury wystawiały ich na cel dla okupanta.

Zaraz po wojnie, przewalały się u nich i u nas, tłumy przesiedleńców „zza Buga”. Na objuczonych wozach konnych i rowerach, a także pieszo, ciągnęły całe rodziny z dziećmi, z całym dobytkiem żywym i martwym, zmierzające na zachód – na Ziemie Odzyskane.

Z robót przymusowych w Rzeszy, powracały osoby, idące na wschód.

Nikt, kto trafił do ich domu, nie odszedł bez wsparcia, pomocy.

Także, błąkający się w rozproszeniu powstańcy i cywilni mieszkańcy zburzonej Warszawy, dziady proszalne, różne włóczęgi, „rajzery”, Cyganie i straszliwie zmaltretowani wychudzeni jeńcy rosyjscy – uciekinierzy z niewoli niemieckiej…

W lipcu 1944 roku niemieckie dowództwo wycofującego się na zachód frontu – wbrew naszej woli i bez zaproszenia, zajęło dom Dziadków na swoją kwaterę – na jedną niecałą noc.

Po nocnych bojach, z użyciem ciężkiej artylerii, następnego dnia, ich miejsce zajęli Rosjanie. Na tych samych zasadach.

Po przejściu frontu, kilkakrotnie „odwiedzili” nas jeszcze, rosyjscy żołnierze – różni maruderzy. Jeden raz, trzech weszło do nas o północy, przez okno z pepeszami wycelowanymi – z odległości kilkudziesięciu centymetrów – w pierś Mamy. Twierdzili, że szukają jakiegoś „wora”, który coś, komuś ukradł.

25 sierpnia 1944 roku, włamał się do nas – też o północy – rabuś-bandyta. Przykładając do piersi Mamy pistolet – kiedy Mama siedząc na łóżku przytulała do siebie niespełna dwuletnią Anielcię i przerażonych chłopców – 5 i 8 lat – żądał okupu.

Zabrał, co znalazł najcenniejszego: Mamy bluzkę i sukienki, a także nasze dziecięce ubranka. Zabrał nawet Józia broszkę, kupioną na odpuście…

Jedynie sztuka płótna lnianego – z własnego lnu i własnoręcznie uprzędzonego przez Mamę na kołowrotku, niedawno odebranego od tkacza – którą Mama przezornie przywiązała od spodu do łóżka – ocalała.

 Kwatera partyzantów Armii Krajowej w naszym domu

Budynki nasze, znajdujące się tuż pod lasem, wolne w dzień, bo inwentarza żywego też już u nas nie było, stały się dogodną kwaterą leśnych oddziałów Armii Krajowej (AK), a potem Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość (Używana była również forma: „Wolność i Niepodległość”. Pełna nazwa: Ruch Oporu bez Wojny i Dywersji „Wolność i Niezawisłość”) – (WiN), Antoniego Kopaczewskiego, ps. „Lew”. Była to placówka numer siedem – Piaski, w rejonie trzecim, obwodu Lublin – powiat.

 

Partyzanci Ignasin 1945

Oddział ppor. Antoniego Kopaczewskiego ps. „Lew”. Zdjęcie wykonane na podwórzu, przed stodołą, u Dziachanów, w 1945 roku. Zdjęcie to, po raz pierwszy, widziałem leżące na stole, w mieszkaniu u Dziadków, zaraz po jego wykonaniu. Po aresztowaniu Mamy i wujka Felka, zostało ono głęboko schowane. Pierwszy od lewej: – Antoni Kopaczewski, „Lew”. Dowódca. Stateczny, szanowany przez podwładnych. Cieszył się poważaniem wśród miejscowej ludności. Z jego synkiem, też Antosiem, „małym lwiątkiem”, jeździliśmy na starej feldze od jakiegoś wojskowego samochodu. Strzelaliśmy także z prochu do kul armatnich, który był w kształcie włoskiego spaghetti. Po przejściu frontu w lipcu 1944 roku. znaleźliśmy z Józiem, wiele jego wiązeczek, w poniemieckich okopach i transzejach, znajdujących się niespełna 200m od naszych zabudowań. Drugi obok: – Emisariusz z Krasnegostawu. Jego aparatem wykonała to zdjęcie Michalinka Dziachan – córka gospodarzy. Czwarty z lewej Wincenty Kisielewski, miał rzekomo pseudonim „Lipa”, ale wszyscy o nim mówili „Cygan”. Tak go nazywali, ze względu na krucze kędzierzawe włosy i bardzo ciemną cerę. Wesoły „psotnik”, lubił przekomarzać się z Józiem i drażnić się z naszym podwórkowym pieskiem. Trzeci z prawej Józef Dziachan – syn gospodarzy. Pierwszy z prawej – Stanisław Pędrak, „Poleszuk”, „Długi”,”Stary” – zastępca dowódcy. Zdecydowanie najstarszy. Cieszył się wielkim autorytetem wśród młodszych kolegów i lokalnego społeczeństwa. Do niego wszyscy się zwracali, jeżeli były jakieś problemy. Nigdy pomocy nie odmawiał. Uczył mnie i Józia nowych piosenek żołnierskich i partyzanckich: „Do Niemiec nie wywiozą nas nie zrobią emigrantów…”: „To taka zwykła żołnierska piosenka, tak po naszemu – bez byle jakich słów…”; i zupełnie nowej, niemal jeszcze nikomu nieznanej pieśni – „Czerwone maki na Monte Cassino”. Pieśni te zostały wydrukowane w naszej drukarni i rozprowadzane wśród ludności. Były to utwory srogo zakazane. Za śpiewanie ich i rozpowszechnianie, zwłaszcza za „Czerwone maki”, szło się do więzienia  na lata. Klęczy pierwszy z lewej – Zdzisław Dąbrowski „Senator”. Ujęty został w kilkanaście dni po rozbiciu oddziału „Lwa”. Stracony po niezwykle okrutnym śledztwie. Obciążono go czynami których nie popełnił, w tym zabójstwem Wróblewskiej.  Torturowany, nikogo nie wydał.  Klęczy pierwszy z prawej – Maksymilian Mieczysław Jarosz „Mirski” – elew i absolwent naszej podoficerskiej szkoły AK. Obecnie ma lat 91. Mieszka w Piaskach. Siedzi pierwszy z prawej – Wojciech Boruch „Czortek”. Był w obstawie naszej podoficerskiej szkoły AK. Obecnie ma lat 95. Mieszka w Piaskach. Leży drugi z prawej –  Sampolski, ps. „Aniołek”. Imię jego obecnie wszędzie jest mylnie podawane jako Władysław. Wówczas znany był jako Antoni, Antek.

 

Drukarnia. Prasa podziemna

W mieszkaniu naszym, przy oborze, o wymiarach 4 x 6 m, były: kuchnia na cztery fajerki, opalana drewnem (różnymi patykami z lasu), piec chlebowy, dwa łóżka, szafa na ubrania i malutka szafka na naczynia kuchenne, ława i stół.

Na stole, bardzo często, stała duża maszyna do pisania „Torpedo”, a obok stołu stała na wysokich nóżkach, drukarka na korbkę.

Na nich, partyzanci drukowali, od 1942 do 1946 roku, nielegalne niepodległościowe ulotki i pismo „Wolność”, Polskiego Państwa Podziemnego.

Z prasy tej, Polacy dowiadywali się prawdy, o tym co się dzieje w kraju i za granicą, a także o skrytych zamierzeniach władz lokalnych, i jak się przed nimi bronić.

Stanowiła ona przeciwwagę i „odtrutkę” dla dezinformującej i ogłupiającej prasy – wydawanej przez okupacyjny, a potem także niedemokratyczny system, która nazywana była przez polskie społeczeństwo „gadzinówką”. Radio nazywano „szczekaczką”. W pierwszych latach po wojnie, radio ich nazywano „kołchoźnikiem”.

Zagrażała ona, monopolowi na prawdę, okupacyjnej i reżimowej propagandy i informacji, dlatego była ze szczególną bezwzględnością ścigana i niezwykle surowo karana, przez oba systemy.

Podoficerska szkoła Armii Krajowej

Akowska szkoła sanitariuszek

Stały punkt informacji AK i WiN

W latach 1942 – 44 w naszych zabudowaniach była zorganizowana podziemna podoficerska szkoła Armii Krajowej i kursy sanitariuszek. Posiłki dla ich uczestników były przygotowywane po sąsiedzku, u naszych Dziadków Adamiaków. W obstawie szkoły był nasz wujek Feliks Adamiak, W nadzorze szkoły uczestniczył Władysław Matraszek ps. „Ryś”, „Bończa”, z Krasnegostawu – nasz stryjek.

Szkołę tę zorganizował Ignacy Misztal, ps. „Kąkol”, komendant placówki AK Piaski.

Komendantem szkoły był por. Stanisław Łopucki ps. „Kruk”.

Wykładowcami byli: Edward Grabiński, ps. „Proch”, przedwojenny oficer; Stanisław Łopucki, przedwojenny oficer; Antoni Kopaczewski, ps. „Lew”, podoficer; Józef Wiciński, ps. „Szary” – podoficer, zastępca komendanta placówki; Stanisław Pędrak, ps. „Poleszuk”, „Stary” – który był także kwatermistrzem.

Odbyły się dwa kursy: – pierwszy od lutego 1942r. do końca marca 1943r.; – drugi – od października 1943r. do maja 1944r.

Kursy obejmowały zasady posługiwania się bronią, szkolenie bojowe, elementy musztry, udzielanie pierwszej pomocy medycznej rannemu, orientacja w terenie…

Kursy sanitariuszek – w zbliżonych terminach – prowadził Edward Grabiński, ps. „Proch”, wraz z drużynową Marią Jarosz i innymi wykładowcami.

Uczestnikami szkoły byli chłopcy z Ignasina, najwięcej ze środkowego pasa: Edmund Ciempiel, ps. „Długi”; Piotr Bańka, ps. „Lisek”; Józef Typiak, ps. „Chart”; Tadeusz Smyk, ps. „Skrzypek”; Józef Dziachan, ps. „Pościgowy”; Tadeusz Dudek, ps. „Wilk”…

Najliczniejszą grupę stanowili młodzi chłopcy z Piask i okolicy: Maksymilian Mieczysław Jarosz, ps. „Mirski”…

Podobnie, z tych terenów rekrutowały się dziewczęta – uczestniczki kursów sanitariuszek: Michalina Dziachan, ps. „Sikorka”; siostry – Regina i Janina Berezowskie…

Obecnie żyją jeszcze cztery osoby, które były w tej szkole, w różnym charakterze:

  1. Wojciech Boruch, ps. „Czortek” – partyzant, wówczas lat 21 – 23, obecnie lat 95. Mieszka w Piaskach.
  2. Maksymilian Mieczysław Jarosz, ps. „Mirski” – elew tej szkoły, wówczas lat 18 -19, obecnie lat 91. Mieszka w Piaskach.
  3. Aniela Matraszek – „urodziła się w tej szkole”, wówczas lat 0 – 2, obecnie lat 74. Mieszka w Lublinie.
  4. Ja, Karol Matraszek – podglądający z ciekawości przez tylne okno, co się w naszym domu dzieje. Wówczas miałem lat 3-5, teraz lat 77. Mieszkam w Szczecinie.

Mieliśmy pełną świadomość, że funkcjonowanie tej szkoły, w warunkach okupacji stanowiło ogromne zagrożenie ze strony okupanta, dla nas, jako właścicieli budynków i całej naszej rodziny.

Zgromadzenie tak wielkiej liczby osób, w jednym miejscu, działających nielegalnie, w dużej mierze zupełnie sobie obcych, ściganych przez okupanta, ukrywających się, wymagało wielkiej odwagi, odpowiedzialności i ścisłego przestrzegania zasad sztuki konspiracji. Toteż, starano się, ażeby wszystko dokładnie było organizowane zgodnie z jej wymogami. Z tego powodu, zajęcia odbywały się bardzo nieregularnie i z dużymi przerwami. Zmieniane były dni tygodnia i godziny zajęć. Często zajęcia odbywały się w pobliskim naszym lesie lub u Dziachanów, a czasem u Ostańskich.

Zasady pełnej konspiracji obowiązywały także dzieci. Dlatego w czasie zajęć obowiązkowo wysyłani byliśmy do naszych Dziadków, pod jakimś banalnym pretekstem. Mimo to, najstarszy z nas, siedmioletni Józio, doskonale orientował się w tym, co to wszystko znaczy i pewnego razu zaprowadził mnie, młodszego o trzy latka braciszka, pod okno naszego mieszkania, z tyłu domu, żebym sobie popatrzył, co się tam u nas ciekawego dzieje.

Oberwało się nam obu – jemu bardziej. Zupełnie niesłusznie i niepotrzebnie. Obaj byliśmy już świadomi tego, co to jest konspiracja i jak się mamy zachowywać i co mówić, i do kogo. W ciągłym zagrożeniu i konspiracji żyliśmy od dziecka, a najmłodsza z nas Anielka – jak mówiono – „w szkole tej się urodziła”.

Znaliśmy z opowiadań, wiele przypadków, kiedy to „nierozsądne”, „lekkomyślne” dzieci „wsypały” swoich rodziców. Teraz my, z Józiem, czuliśmy się mocno urażeni, że nas za takich wzięto.

Mimo tak wielu i ciężkich zagrożeń, mieścił się u nas także, od 1942 roku, stały punkt informacji i propagandy AK – WiN. Działał on do 1946 roku, do chwili rozbicia oddziału „Lwa” i aresztowania, także naszej Mamy.

Nasi Dziadkowie bardzo współczuli wszystkim tułaczom. Wciąż jeszcze przeżywali tragiczną w skutkach, tułaczkę własną – jako bezdomni nędzarze, uchodźcy, „bieżeńcy” – podczas której utracili tak wielu swoich najbliższych.

Ludwik nadal, z ogromną tęsknotą i z głębokim bólem w sercu, wyczekiwał powrotu zaginionych dwóch braci – Józefa i Grzegorza, którzy, jeżeli żyją, tułają się i żebrzą pośród obcych.

Nie mogąc im pomóc bezpośrednio, pomagał tym, tutaj. Tułaczom otworzył więc, swoje serce i dobytek.

Głęboki rodzinny polski patriotyzm nakazywał mu walkę z okupantem o wolność Polski.

Nietrudno było więc, „leśnym” przekonać go do tego, by mogli kwaterować w naszych budynkach. Murowana chałupa z oborą i drewniana stodoła z drewutnią, wszystko kryte słomą, były do ich dyspozycji.

Aż nadszedł ów tragiczny dzień…

Świt 8 września 1946r.

Świt 8 września 1946 r. – niedziela i święto Matki Boskiej Siewnej.

Akcja zaczęła się w sąsiedniej kwaterze u Dziachanów, odległej od nas jeden kilometr – ok.4,30 rano, gdzie nocowali żołnierze oddziału „Lwa”.

O brzasku rozległy się strzały. Nasza mama Joanna Matraszek (33) wyszła za stodołę zobaczyć, co się dzieje. Zobaczyła, że ktoś wybiegł, z ignasińskiego lasu, na nasze pole. Ktoś wybiegł za nim. Słyszy:

– Stój, ty s… s…! Strzały. Kule padają w zaoraną ziemię, niedaleko mamy. Upadł ktoś na naszym polu.

Zginął wówczas Stanisław Pędrak ps. „Poleszuk”, który pełnił wartę całą ostatnią noc.

Zza lasu dobywa się wysoki słup dymu i łuna od ognia. To paliły się zabudowania Dziachanów. Co się dzieje z ludźmi w tych budynkach, tego nikt jeszcze nie wie… Wciąż padają strzały. Groza.

Mama rozumie sytuację i domyśla się, czego można się jeszcze spodziewać.

Joanna Matraszek z córką Anielą 1950

Ja i moja Mama w 1950 roku

Wróciła do mieszkania z myślą, by zabrać dzieci i gdzieś uciec, ukryć się.

Dzieci jeszcze spały. Była bezradna. Co robić? Budzić je i uciekać, ale dokąd? Dlaczego? Czy jest w czymś nasza wina?

Sama ledwie chodziła. Z trudem poruszała się o kiju. A tutaj jeszcze trójka małych dzieci (4,7,10 lat). Jak tłumaczyć im trwogę i grozę zbliżającej się katastrofy? Po co mają się bać i to przeżywać? Może lepiej niech jeszcze śpią w spokoju, jak najdłużej…

Poszła do swoich rodziców. Co robić? Była jeszcze nikła nadzieja, że nie przyjdą.

Babcia, też była bezradna. Myślała z nadzieją, że może się nie czepią matki z ciężkim inwalidztwem, wychowującej samotnie trójkę małych dzieci. Przecież nie czuła się winna. Nie należała nawet do żadnej nielegalnej organizacji. Nie popełniła żadnego przestępstwa. Nie jest ścigana. Nikogo z „leśnych” u nas teraz nie ma. Może dzieci i kalekiej matki nie ruszą, bez powodu…

Mama wróciła do domu. Budzących się, co chwila, chłopców, którzy także słyszeli strzały, uspokajała, że to im się śniło, albo, że to sąsiad Władek O. urządza sobie „polowanie”. Nie łatwo było ich oszukać, zwłaszcza Józia. Miał już dziesięć lat.

Bez względu na to, co będzie, uznała, że trzeba dzieci nakarmić. Znane jej były wieści o głodujących dzieciach i dorosłych w czasie okupacji, a także niedawno, na niedalekiej sąsiedniej Ukrainie. O masowej śmierci z głodu.

Rozpaliła ogień pod kuchnią i zaczęła robić pierogi. Zajrzała do nas jeszcze zatroskana Babcia, i poszła. By żadnych nie wzbudzać podejrzeń, należy zachowywać się, jak co dzień.

Zaczęliśmy jeść, gdy przez północne okno zobaczyliśmy dwa jadące do nas samochody. Mama cichutko westchnęła:

– Są!!!

Nam kazała jeść. Sama przyklękła na łóżku na jednym zdrowym kolanie, przed obrazem Matki Boskiej i zaczęła się głośno modlić:

– Pod Twoją obronę…

Samochody zajechały na nasze podwórze.

Obstawili dom dookoła. Trzech weszło do izby. Pierwszy szedł, znany nam bardzo dobrze, bo jeszcze w piątek drukował u nas ulotki i biuletyn „Wolność i Niezawisłość”, Polskiego Państwa Podziemnego – partyzant Władysław Ziętek, ps. „Kulawy”.

Teraz Ziętek, ubrany przez nich w ubecki mundur, w randze kapitana, z trzema gwiazdkami. Ujęty przed kilkoma godzinami, torturowany, służył im jako żywa tarcza.

Tuż za nim wszedł drugi, z pistoletem w ręku. Trzeci, stanął w progu i mierzył z automatu w naszą stronę. Żądali wydania maszyny do pisania i wszystkiego, co pozostawili leśni. Mama powiedziała, że nic o tym nie wie.

Ciągle pilnowała, żebyśmy nie przerywali jedzenia pierogów. Sama nie zdążyła zjeść żadnego.

Rozpoczęła się rewizja. Przetrząsali każdy kąt. Przepytywali ostro i brutalnie chłopców, szczególnie starszego, dziesięcioletniego Józia, o maszynę do pisania i „leśnych”. Ubowiec groził mu i poszturchiwał go kijem. Znaleźli Józia pistolet na kapiszony, kupiony na odpuście. Zabrali, tryumfalnie wykrzykując, że jest to dowód na to, że dzieci, też są wychowywane na „bandytów”.

Byli groźni, butni, podnieceni, rozgrzani sukcesem, cuchnący dymem. Mieli udaną akcję, bez strat własnych. Zlikwidowali cały oddział. Od ich kul i w ogniu zginęło dziewięć osób: – czterech „leśnych” i pięciu domowników, w tym małżeństwo młodych gospodarzy i ich czteroletnia córeczka. Budynki spalili doszczętnie. Pozostałych przy życiu – podduszonych dymem, poparzonych ogniem, ale jeszcze żywych, skutych kajdankami, mieli ze sobą na swoich samochodach.

Gdy niczego nie mogli znaleźć, grozili podpaleniem zabudowań. Jeden już przytykał zapaloną zapałkę do snopka w stodole. Drugi pokazywał, że wystarczy, jak tylko pociągnie za spust i wystrzeli do słomianej strzechy, a wszystko pójdzie z dymem.

Bawiły ich nasze błagania by tego nie robili.

Podrzucony przez UB karabin. Aresztowanie Mamy

Jeden z ubowców, na środku podwórza, zaczął bardzo ostro i wulgarnie przepytywać naszą Mamę. Wreszcie przyłożył lufę karabinu do jej piersi. Szarpiąc ją bardzo gwałtownie i brutalnie popychając, wrzeszczał:

– Chodź, ty k… za stodołę to cię rozwalę.

Na to, Mama:

– A po co? Chcesz zabijać? To strzelaj tutaj. Do wszystkich. Zaczynaj od najmłodszego. To mówiąc przygarnęła do siebie najmłodszą, malutką Anielcię.

– Potrzebne są wam sieroty? Nie dam. Zabijaj wszystkich. Sierot nie zostawię!

Ten, po chwili wahania, powoli, odstąpił od zamiaru.

Chwilę tę Mama zaliczała do najtrudniejszych w jej życiu. Drżała o swoje dzieci, o nasz los.

Działo się to wszystko na naszych oczach – całej trójki bezradnych, bezbronnych, śmiertelnie przerażonych dzieci.

Nagle, niespodziewanie, pokazali nam karabin i skrzynkę, w której była amunicja, granatnik i granaty, rzekomo znalezione w stodole.

Natychmiast też, nadzorujący całą akcję, prokurator Teodor M., nakazał zanieść tę broń do ich samochodu, aby pokazać ją, znajdującym się tam, skutym kajdankami aresztantom. Będzie potem manipulować ich zeznaniami, podając ich za… naocznych świadków znalezienia broni w naszej stodole!

Obecnie, według wszelkich informacji, broń sami przywieźli i podłożyli. W oddziale takiej broni nie było.

Drukarki i maszyny do pisania nie znaleźli, ale mieli już pretekst do aresztowania.

Maszynę, partyzanci ukryli w stercie słomy, tuż za stodołą. Oczywiście, tam też szukali, zawzięcie kłując bagnetami i wyciorami.

Zadecydowali, że zabiorą nas wszystkich.

Mama okręcała już swoją chorą nogę ciepłą chustką, a nam kazała też ciepło się ubierać. Dopiero, gdy dowiedziała się, że będziemy wywiezieni i umieszczeni gdzie indziej, bez możliwości z nią kontaktu – stawiła zdecydowany rozpaczliwy opór. Bała się, że dzieci mogą być wywiezione bezpowrotnie w nieznane miejsce.

Po powrocie z więzienia będzie pilnie uczyć nas: – naszych imion, nazwisk i adresu. Natychmiast też, kazała porobić nam wszystkim zdjęcia.

W końcu, Mamę samą wepchnęli na samochód, a nas płaczących rozpaczających, błagających ich, żeby nie zabierali nam Mamy, zamknął jeden z ubowców w budowarku, drzwi podparł z zewnątrz kołkiem, i odjechali. Było to, około godziny dziesiątej.

Mamę zabrało UB do Lublina. Po drodze zatrzymali się w Piaskach, na około jedną godzinę. Dzwonili do swoich szefów w Lublinie i Warszawie, chwaląc się sukcesem.

Akcja UB w sąsiedniej kwaterze u Dziachanów


Zabici żołnierze

Zdjęcie zrobione przez UB, 8 września po południu. 

Leżą, przed spaloną oborą u Dziachanów, od lewej: Władysław? (Antoni!) Sampolski,  „Aniołek”; Józef Dziachan – syn gospodarzy; Stanisław Pędrak, . „Poleszuk”, „Stary”, „Długi” – zastępca dowódcy; Antoni Kopaczewski, „Lew” – dowódca; Wincenty Kisielewski, „Lipa”, „Cygan”. Zostali oni zniesieni tutaj, z różnych miejsc, gdzie padli – podczas drugiej „wizyty” UB, w tym samym dniu. Do czynności tej, UB zmusiło naszego Dziadka Ludwika i jego gości z Fajsławic i Oleśnik – którzy służyli im też, za żywe tarcze.

W drodze powrotnej do Lublina zatrzymali się w Piaskach. Długo chodzili po mieście, opowiadali wszystkim, że „wiozą rąbankę”.

„Cygan” – sprytny, niewielkiego wzrostu, zginął ostatni. Ze stodoły wybiegł pierwszy, strzelając na oślep. Gdy zorientował się,że są otoczeni, zrezygnował z próby ucieczki do lasu, padł na ziemię, zawrócił, czołganiem zaszył się w kupie gałęzi, leżących na podwórzu, pod płotem. Przeleżał tam całą akcję.

Wszystko było już gotowe do odjazdu. Ubowcy chcieli tylko jeszcze zastrzelić i zabrać ze sobą dwie świnie, które wydostały się z płonącej obory i wystraszone biegały po podwórku. Jedna z nich postrzelona, uciekając, wpadła w krzaki, odsłaniając ukrytego tam „Cygana”. Zdekonspirowany chciał zaatakować samochód z ubowcami, ale zahaczył ręką, w której trzymał granat, o gałąź. W wyniku czego tylko jeden z ubowców został ranny. Była to jedyna strata UB w tym dniu. Ubowcy zamierzali zabrać ze sobą także krowę, którą już zastrzelili w sąsiednich zabudowaniach, opuszczonych w wielkiej panice, przez Adama Dziachana i jego rodzinę. Musieli ją jednak zostawić, gdyż nie mogli jej zmieścić na swoich niedużych samochodach, na których znajdowało się już pięciu, skutych kajdankami, mocno poparzonych aresztantów, trzydziestu dziewięciu funkcjonariuszy UB i MO, oraz wspomniane wyżej, dwie świnie.

„Poleszuk” pełnił samotnie wartę przez całą noc. Zmiana warty nie była nawet planowana. Rano oddział miał się wyprowadzać. Czuli, że są coraz bardziej osaczani. Sytuacja ich była beznadziejna, tragiczna. Nie mieli już gdzie iść…

„Poleszuk” stojąc na warcie, zajął pozycję przy drodze, od północy zabudowań Dziachanów, skąd mogło grozić największe realne niebezpieczeństwo. Ta jedyna droga od szosy, na Dziachanach się kończyła.

Tymczasem ubowcy zajechali od południa. Samochody zostawili w dużym oddaleniu, na Kosnowcu, a dalej pieszo, skradając się w ciemnościach, po bezdrożu, przez pola, podczołgali się pod same zabudowania. Kulkami zapalającymi podpalili wszystkie budynki, mimo że w domu mieszkalnym i oborze spali bezbronni domownicy.

Partyzanci znajdywali się tylko w stodole. Razem z nimi spali także: Tadek Dziachan – syn gospodarzy i Piotrek Bańka.

Zaskoczenie było pełne. Bojownicy „Lwa” nie mieli już żadnej szansy. Mimo to „Poleszuk, bez wahania podjął swoją ostatnią walkę. Nie uciekł, nie ratował swojego życia, gdy zrozumiał, że już wszystko stracone, ale sam jeden pospieszył kolegom na pomoc, ściągając na siebie atak i pogoń. Ranny w nogę, ostrzeliwał się. Ostatnim nabojem, strzałem z pistoletu w usta, odebrał sobie, pełne nieustannej walki, życie.

Oprócz nich, w piwnicy pod swoim domem zginęli młodzi gospodarze: Stanisław Dziachan, jego żona Helena z Typiaków i czteroletnia ich córeczka Ania. Uduszeni zostali dymem i oparami azotniaku, który znajdował się tuż nad wejściem do piwnicy, gdy w tym czasie płonął cały dom.

Dziewiąta ofiara w tym dniu – dziewiętnastoletni Tadek Dziachan – najmłodszy syn gospodarzy, długo był uważany za jedynego,który uratował się z pogromu, pożogi  i zbiegł. Jego zwęglone ciało zostało znalezione dopiero po kilku dniach w zgliszczach spalonej stodoły. Dwudziestoletni Piotrek Bańka został skazany na piętnaście lat. Podczas śledztwa przeżywał okrutne tortury. Wrócił z więzienia, po ośmiu niespełna latach, jako wrak człowieka. Młoda tryskająca zdrowiem i radością życia

Michalinka Dziachan, skazana na dziesięć lat – wróciła po pięciu latach, jako szara, ciężko schorowana stara kobieta.

Do dnia tragicznych wydarzeń, jak również w samym dniu 8 września 1946 roku, nikt z rodziny Dziachanów nie był ścigany przez władze, nie ukrywał się, ani też nie posiadał żadnej broni.



Aresztowanie naszego wujka Felka

Wujek Felek(26) pojechał rano do Fajsławic, do kościoła. Pod kościołem tłum ludzi. Trwoga. Wszyscy mówią tylko o tych wydarzeniach. Pożar i strzelanina znana była wszystkim.

Do pożaru przyjeżdżała nawet straż pożarna z Krasnegostawu. Gasić kategorycznie zabroniono, ale odważny dowódca straży, upominał ubowca, żeby się nie znęcał nad ledwie żywą, mocno poparzoną Michalinką Dziachan – córką gospodarzy.

– A co, „Sikorce” piórka się trochę zeskwarzyły…

Te słowa ubowca długo powtarzano na Ignasinie.

Po mszy, Felek powrócił do domu. Gdy Ludwik ostrzegł go, że tutaj może być dla niego niebezpiecznie, natychmiast wsiadł na rower i chciał jechać do naszego lasu, ale na granicy zobaczył idących tą drogą, jakichś dwóch nieznanych mężczyzn. Skręcił więc w stronę lasu młodziejowskiego. Jednak tutaj natknął się na ubowców goniących szwagra „Lwa” – Smolirę, którzy Felka zatrzymali i zawieźli do Krasnegostawu.

Po drodze zawieźli go jeszcze do Dziachanów, żeby rozpoznał zabitych partyzantów.

Po południu, bezpieka z Krasnegostawu, chcąc nie dać się, zbyt wiele, zdystansować kolegom z Lublina, zrobiła na Ignasinie gorączkową „poprawkę”.

Penetrowali wszędzie. Wpadli nawet na wesele u Iskrów i Cichoszów, posądzając gości weselnych o działanie spiskowe, pod przykrywką wesela. Najbardziej poturbowali tych, którzy przyjechali na wesele do swojej rodziny, spod Zamościa, uznając ich za… tajnych emisariuszy.

UB szalało do nocy.

Zabierano na przesłuchania, jeszcze przez kilka dni. W sumie zatrzymano około 20 osób. Byli u Ostańskich, Kusych, Węgrzynów, Ciempieli, Berezowskich, Wardy, Cholewów, Adama Dziachana, Kuczerów, Pastuszaków, Polaków, Zaborowskich, Dudków, Adamiaków, Typiaków, Bańków…

Po tygodniu prowadzonego śledztwa w Krasnymstawie, przewieźli Felka do Lublina, gdzie był nadal przez kilka dni, niezwykle brutalnie przesłuchiwany w resorcie „Pod Zegarem”, na Nowotki. Tutaj Felek przeżywał straszliwe katusze. Były to najtrudniejsze, najboleśniejsze dni w jego życiu.

Potem przewieźli go na zamek, do baszty.

W okrągłym pomieszczeniu, o średnicy 7,5 m, osadzonych było kilkudziesięciu więźniów. Wszyscy stali na gołych kamieniach. Nie było żadnych materaców, sienników, słomy. Ciemno i zimno. Otworami strzelniczymi wiało. Każdy był tylko w tym ubraniu, w którym go wzięto. Głód, świerzb, pchły, wszy. Żadnego mycia się nie było. Spali jak mogli: stojąc, kucając, opierając się jeden o drugiego.

W baszcie Felek siedział do początków października. Potem przenieśli go na oddział. Stąd, znów był brany na brutalne przesłuchania.

Siedział do 30 grudnia 1946 roku. Wypuszczono go po wieczornym apelu.

Byłam tylko z Babcią. Babcia stała przy kuchni i coś gotowała. Nagle drzwi się otworzyły i stanął w nich ktoś, kto był: – stary, straszliwie wychudzony, z długimi włosami, opadającymi na całkowicie wyleniały kołnierz porwanej kurtki, z długą brodą i wąsami, z niewielkim tobołkiem przerzuconym przez ramię.

Babcia na jego widok wydobyła z siebie tylko krótki jęk:

– Mój synu… Wyciągnęła w górę obie ręce, obejmując i przytulając jego głowę…

Zaraz też wyszła do komory, żeby się w samotności wypłakać.

Wykupienie wujka Felka z więzienia i ponowny areszt

Felka zwolniono po zapłaceniu przez Ludwika niezwykle wysokiego okupu. Na ewentualny wykup Mamy, nie było już środków.

Feliks Adamiak

Nasz Drogi Wujek Feliks Adamiak 1920-1991

Drugi raz, wujka Felka zaaresztowano w 1949 roku, w końcu zimy, też przypadkowo, gdy odwiedził swojego kolegę Cześka Zgierskiego, na Klimusinie.

Gdy byli w mieszkaniu, niespodziewanie wpadło UB, w poszukiwaniu jakiegoś „Zygmunta”, którym miał być, rzekomo, Jasio Mróz od Kuziołów. Byli już u Kuziołów, ale gdy go tam nie zastali, kazali się najstarszemu ich synowi, małoletniemu Henrykowi, zaprowadzić do Zgierskiego, gdzie tego wieczoru tam był.

Wszystkich obecnych u Zgierskiego zatrzymano w izbie. Nagle na zewnątrz wywiązała się w ciemności, głośna strzelanina. W jej rezultacie, strażnik grupy ubowców został ranny w kolano, a nad ranem, w szopie znaleziono ciało zabitego jakiegoś mężczyzny.

Felka, wraz z innymi, zabrało UB do Krasnegostawu. Wrócił po tygodniowym śledztwie z chorymi nerkami. Będzie też odczuwać  długotrwałe bóle w okolicach serca, po tym jak ubowiec kopnął go, gdy leżał położony w sadzie na śniegu, w czasie zatrzymania u Zgierskiego na Klimusinie. Jeździł wielokrotnie do lekarzy.

 

Mama w więzieniu na Zamku

Gdy Mamę i wujka Felka zabrano do więzienia, w domu pozostał tylko dziadek Ludwik(63), przewlekle ciężko chora Babcia(57) i my – trójka małych dzieci.

Nic nie wiedzieliśmy, co się dzieje z aresztowanymi. Nie mieliśmy żadnej informacji dokąd ich wzięli. Dochodziły do nas zatrważające wieści o nieludzkim traktowaniu więźniów, o grożących wysokich wyrokach, o torturach.

W domu trzeba było zająć się gospodarką. Chłopcy, po przyjściu ze szkoły, natychmiast szli do roboty, przede wszystkim, przy gospodarskich obrządkach: karmienie krów, świń, koni. Do jesiennych prac polowych – orka, bronowanie wałowanie, sianie – parą ogierów, ostrych bardzo niebezpiecznych koni – dziesięcioletni Józio. Do młocki – młocarnią „trybówką”, poruszaną za pomocą koni i kieratu – obaj i chora Babcia. Pamiętam, że ja czteroletnia, chciałam zająć dotychczasowe stanowisko Mamy – w największym kurzu, tuż przy samej maszynie, oddzielać  szybko i starannie – grabiami słomę od plew i ziarna…

Z paczkami dla Mamy i wujka Felka, zwykle jeździł do więzienia niepiśmienny Dziadek Ludwik, czasem chora Babcia, która nigdy przedtem nie była w żadnym dużym mieście. Paczki – chleb i cebula – były ograniczone i ściśle kontrolowane, jeśli nie były w ogóle karnie wstrzymane. A tam głód i zimno. Odwiedzających też mogli zatrzymać. Śledztwo trwało.

Pamiętam dzień, kiedy dziadek Ludwik pojechał szukać swoich dzieci. Trzeci, a może czwarty dzień, po ich aresztowaniu. Nie było wiadome, dokąd ich wzięli: Do Lublina, a może do Krasnegostawu, a może jeszcze gdzie indziej?

Chłopcy poszli do szkoły. Babcia Klementyna została tylko ze mną. Pamiętam jej głośne „zdrowaśki”, przerywane szlochem, łkaniem i prośbami:

– Błogosławionaś Ty…

– A ratuj ich, ratuj!…

– A czy jeszcze tam żyją…, może już ich tam gdzieś zamordowali…

– A jak tam Janka, biedna kaleka, z bolącą chorą nogą…

– Ludwika też jeszcze nie ma, a może jego też zamknęli…

Tak rozpaczała, lamentowała i modliła się przez cały dzień. Dopiero bardzo późnym wieczorem, przed północą, wrócił Dziadek do domu.

Piekło karceru. Więzienne różańce

Mama, gdy ją wzięli do więzienia, podpierała się kijem. Bez podpory nie wolno jej było stanąć na nodze. Tak chodziła na przesłuchania. Zaraz po aresztowaniu wożono ją konną furmanką, pod zbrojną eskortą, z zamku na ul. Ewangelicką, do resortu, gdzie na drugim piętrze odbywały się okrutne przesłuchania.

Wszędzie była z kijem. Ale, gdy odesłano ją na oddział, na zamek, oddziałowa, natychmiast zażądała oddania kija.

Kiedy Mama usiłowała wytłumaczyć jej, że ma od lat, bardzo ciężko chorą nogę, na groźną dla życia gruźlicę kości, ta nie słuchając, wyrwała go z jej ręki, a za ”opór”, wepchnęła ją do jakiegoś lochu – wrzeszcząc:

 – Zgnijesz tu!

Mama znalazła się nagle w piekle. Karcer – piwnica, gdzieś pod basztą, z brudną, cuchnącą wodą, na dnie. Szambo, z pływającymi fekaliami przetrzymywanych tutaj wcześniej, więźniów. Absolutne ciemności i przejmujące zimno. Wilgoć! Usiąść? Jak? Na czym? Stać, przez długie, długie godziny, bez jedzenia i picia, bez snu, na jednej nodze? Druga noga chora. Czas pobytu nieokreślony. Wieczność.

Była w piekle. „Zgnijesz tu” stało się bardzo realne. Pozostała jej tylko modlitwa i myśli o swoich dzieciach. Czy ich jeszcze kiedykolwiek zobaczy? Jaki los ich czeka, gdy zostaną sierotami…

Był to ten sam dzień, w którym Babcia Klementyna rozpaczała, Dziadek Ludwik szukał swoich dzieci pod więzieniem, a Mama cierpiała nieludzkie piekielne męki, w karcerze pod basztą.

Odtąd, z powodu braku laski, już nigdy nie mogła korzystać nawet ze „spacerów” więziennych i ledwie wyczołgiwała się na plac, popędzana przez oddziałową, która wszystkim zawsze przypominała:

– Tutaj, to ja jestem Bogiem!

W celi było zimno, wilgotno, duszno. Cele nie były wietrzone. Małe okienko, wysoko, zakratowane, z zewnątrz zasłonięte od dołu blachą. Prycze piętrowe,  zbite z nieheblowanych desek, bez pościeli. Odzież więźniowie mieli tylko taką, jaką mieli na sobie, w dniu aresztowania. Dwa wiadra: jedno z wodą, drugie na nieczystości, stały przy drzwiach w celi, w której było kilkadziesiąt osób.


Chustka i różańce z chleba wykonane

Różańce z chleba – Zrobione przez naszą Mamę w więzieniu. Chleb ten dostała z domu, w paczce. Więzienny chleb nie dawał się skleić – był z trocinami. Czarne paciorki zostały wykonane z chleba z domieszką pasty do butów. Różańców Mama zrobiła kilkanaście. Część z nich rozdała bliższej i dalszej rodzinie. Na krzyżykach i serduszkach różańca Mama wyryła datę aresztowania – 8 IX 46, oraz ZWL – Zamek Więzienie Lublin. Gdyby ją wywozili w nieznane, zamierzała wyrzucać je po drodze, znacząc ślad swojej ostatniej drogi.


Współwięźniarki w celi były różne. Lepiej ich o nic nie pytać i nic im nie opowiadać, bo nie wiesz z kim masz do czynienia.

Groźba linczu. Mama skazana na śmierć przez dwie „współwięźniarki”

Zaraz po Mamie do celi trafiły dwie nowe. Rzekomo polityczne. Mówiły, że grożą im ciężkie wyroki, za ich podziemną działalność patriotyczną. Wypytywały wszystkich, za co, która, siedzi. Pocieszały. Współczuły. Dawały dobre rady. Szybko zdobyły zaufanie. O sobie też dużo mówiły ale na konkretne pytania nie odpowiadały, zasłaniając się tajemnicą. Wnet stały się liderkami.

Żeby wymóc poprawę warunków w więzieniu, zaproponowały strajk głodowy:

– Obowiązkowo strajkować musi cała cela. Kto nie przystąpi do strajku, będzie łamistrajkiem, a to oznacza dla niego – kara śmierci.

Sterroryzowana cela uległa samozwańczym przywódczyniom i przyjęła ich decyzję w milczeniu. Jedynie Mama powiedziała, że do strajku głodowego nie przystąpi, bo ze względu na swój stan zdrowia, może nie przeżyć akcji, związanej z głodówką:

– Mam małe dzieci i muszę dla nich żyć.

Wówczas „przywódczynie” bardzo agresywnie zachowały się w stosunku do Mamy. Nawoływały nawet do zbiorowego linczu. Gdy nie uzyskały poparcia celi, wykrzyczały, że Mama jest skazana na karę śmierci!

Strajk się odbył.

Po strajku, w więzieniu warunków nie polepszono, wręcz przeciwnie, warunki, z tej przyczyny, restrykcyjnie, jeszcze bardziej pogorszono. Natychmiast wszystkie z celi trafiły do karceru, z wyjątkiem Mamy i… organizatorek głodówki(!?).

Pod pozorem, że oczekują one na większą karę, zostały tymczasowo przeniesione do innej celi.

Jednak, żadnej dla nich kary nie było, bo niebawem, jak się dowiedziano, wyszły przedterminowo na wolność, za… dobre sprawowanie!?

Mama tą swoją bardzo odważną, mądrą, zdecydowaną, niezwykle odpowiedzialną postawą, w trosce o los swoich dzieci, zdobyła sobie szacunek, uznanie i sympatię towarzyszek niedoli, i… jeszcze bardziej ostre traktowanie, przez… służbę więzienną.

Była też taka, która siedziała za kradzież jakiejś wyprawki ślubnej. W porównaniu z politycznymi, w więzieniu miała… wakacje! Gdy pytano:

– Za co siedzisz? Wszystkie przeważnie odpowiadały, że siedzą niewinnie. Ona jedna odpowiadała szczerze i „odważnie”, że siedzi za kradzież i żeby jej nie mieszać z politycznymi.

Mówiła:

 – Posiedzę ile trzeba, potem wyjdę z więzienia; wykopię to, co ukradłam i zakopałam, i będę sobie żyć.

Najciężej miały polityczne…

Wyżywienie, gorzej niż głodowe: zupa z brukwi i chleb z domieszką jakichś trocin.

Paczki, ograniczone i bardzo dokładnie kontrolowane. Chleb był zawsze wielokrotnie przekrojony.

Nie wolno było posiadać noża, nożyczek, lusterka, igły, nici, kart do gry, skrawka papieru, ołówka itp. – wszystko było wykroczeniem. Za wszystko była kara: wstrzymanie paczek, widzeń – dla danego więźnia, dla wszystkich w celi, lub całego oddziału, a także karcer, wywózka…

Nuda, tęsknota, trwoga. Niespodziewane, budzące zawsze wielkie przerażenie, wywoływania na przesłuchanie. Ci, którzy byli po wyroku mieli „lżej”, nie było już dla nich przesłuchań.

Początkowo Mama była przesłuchiwana codziennie.

Przesłuchiwano ją w pomieszczeniu, w którym ściany i sufit były zbryzgane krwią. Grozili jej, że jak nie przyzna się do tego, czego nie zrobiła, to dzieci swoich już nigdy nie zobaczy.

Mama siedziała bez sprawy, bez wyroku…

Oskarżenie Mamy – „Krwawy Dekret” z 13.06.1946 r

Dopiero w marcu 1947 roku zamknięto śledztwo i prokurator Teodor M. – znany jako okrutny sadysta, skierował sprawę do sądu.

Prokurator Teodor M., wnosząc  sprawę do sądu wojskowego w Lublinie, do rozpatrzenia jej w trybie doraźnym, powołując się na Dekret z dnia 13 czerwca 1946 r. i dodatkowo na Dekret z dnia 25 czerwca 1946 roku, oskarżał nasza Mamę:

– O drukowanie w jej domu podziemnej literatury.

– Mimo że, w trakcie rewizji nie znaleziono ani maszyny do pisania, ani drukarki, ani też żadnych wydrukowanych materiałów !

– O posiadanie broni.

– Podłożenie której, w stodole – on sam, Teodor M.,  osobiście… nadzorował !

– O przygotowanie posiłku partyzantom, za który zapłacili Mamie – 150 złotych.

– Za to „przestępstwo” Teodor M., też  znalazł odpowiedni paragraf w tym Dekrecie !

– Oskarżał Teodor M., także o to, że Janina Matraszek… „usiłowała przemocą zmienić Ustrój Państwa Polskiego” (oryginalna pisownia).

– Za to najcięższe przestępstwo, wspomniany Dekret przewidywał karę wieloletniego więzienia, z najwyższą karą włącznie !

Ów, „wsławiony” niezwykle okrutny Dekret, zezwalający organom ścigania na bezwzględną bezkompromisową walkę i rozprawę z wszelką opozycją, z użyciem najbardziej radykalnych drastycznych środków, a jednocześnie zapewniający im całkowitą bezkarność, zostanie zniesiony, dopiero po zmianach, jakie przyniesie Pazdziernik’56.

Zaczęły się kolejne przesłuchania w Wojskowym Sądzie Rejonowym w Lublinie.

Tryb doraźny i „amnestia”

Jeszcze we wrześniu 1946 roku, na prośbę i w imieniu niepiśmiennego Ludwika, Natalia Kostrzewska, która pracowała w gminie w Fajsławicach, napisała podanie do prokuratury wojskowej w Lublinie, o przyspieszenie czynności śledczych i zwolnienie z więzienia Mamę, załączając odpowiednie dokumenty o jej niewystarczalności życiowej, ze względu na chorą nogę i małe dzieci, którymi samotnie się opiekowała. Podanie pozostało bez żadnej odpowiedzi…

Mama wyszła z więzienia na podstawie amnestii z dnia 22 lutego 1947 roku. Sąd postanowił „umorzyć postępowanie karne przeciwko Janinie Matraszek”.

Wieczorem 14 kwietnia 1947 roku, w poniedziałek po niedzieli przewodniej, przywiózł Mamę do domu, jej brat Felek.

Pamiętam, po kolacji trochę przysnęłam. Gdy się obudziłam – Mama siedziała obok na krześle i się na mnie patrzyła. z troską i lekkim uśmiechem, ale mnie nie dotykała. Miała zakaźny świerzb. Zaraz też poszła do komory by się umyć i wreszcie zdjąć, raz na zawsze, to ubranie, w którym tyle czasu siedziała, od chwili jak ją zabrali. Ubranie pełne wesz, pcheł i świerzbu natychmiast wrzuciła w kuchni, przez fajerkę, do palącego się ognia.


Pieśni z więzienia Mamy

Czasami, szczególnie w zimowe dni, zanuciła którąś z więziennych pieśni. Fragmenty niektórych, utkwiły nam w pamięci. Oto one:

 W lubelskim zamku siedzę

I dłuży mi się czas.

Do celi wchodzi żołnierz,

Do sądu wzywa nas. /bis

 

Przychodzę ja do sądu,

A tam mnie pytają,

A na moją odpowiedź,

Piętnaście lat dają. /bis

 

Sędzia mówi za dużo.

Prokurator mało.

A adwokat mnie cieszy:

Odsiedzisz pomału. /bis

 

Żeby tobie adwokacie,

Tak ciężko było umierać,

Jak mnie młodej dziewczynie,

Piętnaście lat siedzieć. /bis

***

Ta zupa, co by się świnia nie czepiła.

Ta zupa, w więzieniu nam najlepszą była.

Ta zupa, a w niej cztery krup.

O chlebie nie ma, nie ma mowy,

A za miesiąc chłop gotowy trup.

***

Dziewczyno! Przyjdź do mnie w piątek, pod więzienie.

Dziewczyno! Przynieś mi proszku na wszy i jedzenie.

Dziewczyno! Napisz mi długi list,

Bym mógł ulżyć mym cierpieniom,

Kiedy znowu przyjdziesz ty.

***

Jak smutno żyć młodemu poza kratą.

Nad dolą swą wylewać gorzkie łzy.

***

Więzienie, to jest najgorsza rzecz na świecie.

Więzienie, tam ginie młode polskie kwiecie.

Więzienie, to jest za życia grób!

Wszy łażą z kąta w kąt po ścianie, też,

A zimno przyjacielem jest.

O chlebie nie ma, nie ma mowy,

A za miesiąc chłop gotowy trup.

***

O, słońce, puść swe promienie,

Przez wąskie kraty do celi.

Niech moja dusza i serce,

Na chwilę się rozweseli. /bis

***

W celi leżę na przegniłej pryczy.

Serce moje pełne jest goryczy.

Kto z was nie przeżył – ten nie zrozumie

Tęsknoty więźnia, w jego szarej godzinie.

 

W celi siedzę już kolejny miesiąc

Oczy moje dziwnym blaskiem świecą.

Urok wolności tkwi za kratami.

Cóż mi z młodości,kiedy mam gnić latami!

***

Dwunasta godzina wybiła na miejskim zegarze

Więźniowie twardym snem śpią

Ale nie wszyscy, bo jeden wciąż marzy.

On wolność widzi za mgłą.

………………………………………………….

Krata odchyla się od dołu i z góry

………………słychać strzał ……………

…………….. a na murawę padł trup!

***

Ja na starość nie mam siły

Młode lata poszły w dal

Mury moją krew wypiły

Więzienie to okropna rzecz.

***

Raduje się serce raduje się dusza,

Kiedy Mikołajczyk amnestią porusza.

Danaż moja dana, amnestio kochana.

Nie masz to jak wolność, nie!

 

Wypuścić Akowców.

Wypuścić WiNowców

I eN-eS-Zetowców,

Wszystkich leśnych chłopców.

Danaż…

 

A gdy się znajdziemy za zamku murami,

Będą nas witały panienki z kwiatami.

Danaż…

***

Śnił mu się lot wysoki, podniebny górny szlak.

Zerwał się i chciał lecieć, zamknięty w klatce ptak.

Nie wyrwiesz się do słońca, Nie wzbijesz się do chmur

Mocne żelazne pręta. Gruby wokoło mur. /bis

***

Chłopcy z AK! Idziemy w ciemny las.

Przed nami bagna, a z boków są zd-radzieckie cekaemy. /bis

***

Hitleryzmu skruszone pancerze,

Lecz komuna zalewa nasz kraj.

Pobijemy i to wschodnie zwierzę.

Boże, pomoc w tej walce nam daj! /bis

***

O cześć wam panowie z Lublina,

Za nasze mury Warszawy.

O cześć wam za rządy batiuszki Stalina,

Za kraj nasz za Bugiem sprzedany.

***

 

Koniec części pierwszej

Autorzy wspomnień:

Rodzeństwo Karol i Aniela Matraszek

karolAniela Matraszek 1975

Please follow and like us:
error0