Różaniec z więziennego chleba – część druga – „Represje”

Różaniec z więziennego chleba 2

Część pierwsza – „Aresztowania”

Represje po powrocie Mamy z więzienia

Mama z więzienia wróciła zniszczona fizycznie i psychicznie, wygłodzona, obolała, bez sił, a tutaj czekały ją spiętrzone obowiązki: opuszczony dom, trójka dzieci, chora Babcia i dodatkowe, niezwykle drastyczne obciążenia „kułackie”.

Zrobiono z nas „kułaków”, mimo niewielkiego naszego gospodarstwa.

Jeszcze, kiedy Mama była w więzieniu, gmina, zgodnie z „wytycznymi”, przyłączyła naszą ziemię do dziadkowej i dokonała przeklasyfikowania wszystkiego z klasy czwartej i piątej, na pierwszą i drugą.

Gmina w ten sposób, kontynuowała i potęgowała represje nad więźniem politycznym, jeszcze przez długie lata…

Trzeba było odnowić budynki. Całą zimę stały opuszczone. Przemarzły, nieocieplone długo nieogrzewane mury. Rzuciła się na nie pleśń i grzyb. Wilgoć. Należało pilnie naprawić słomiane poszycie na zerwanych – w czasie ubeckiej rewizji – dachach, po których hulał wiatr. Nadto walka ze świerzbem, pchłami i wszami. Mama nie dopuściła do ich rozprzestrzenienia się, co nie było łatwe, bez odpowiednich środków.

Trzeba było odświeżyć ubrania, bieliznę i pościel. Gotowanie tego – przede wszystkim, ze względu na świerzb, pchły i wszy – w garnku, na kuchni opalanej drewnem. Ręczne pranie na tarze w balii, oraz kijanką przy studni. Woda ręcznie wyciągana za studni głębokiej 34m. Prasowanie wszystkiego bardzo dokładnie, gorącym żelazkiem na węgiel.

Nadrabialiśmy zaległości, jak mogli. Wszyscy. Chora matka i dzieci. Ponad siły.

Mama była straszliwie osłabiona pobytem w więzieniu. Szkodziła jej woda. Wszelki z nią kontakt. Mały deszcz. Każda kropla. Przeszkadzał jej hałas. Unikała przestrzeni zamkniętych.

Cały czas czuła niepokój, strach o losy rodziny, o los i przyszłość dzieci; skąd wziąć pieniądze na podatki i inne „powinności wobec państwa”. Skąd wziąć pieniądze na naukę dla dzieci, którą tak bardzo wysoko ceniła.

Szkoły średnie i studia będziemy mogli ukończyć dopiero po wielu latach i to jedynie zaocznie, eksternistycznie, lub wieczorowo w szkołach dla pracujących, pokonując niezwykle ogromne przeszkody, stawiane przez władze.

Chałupa murowana, z białego kamienia, była zimna, bez tynku z zewnątrz, bez żadnego ocieplenia; bez podłogi, tylko ubita ziemia.

Mama coraz trudniej wstawała z łóżka. Wzmagał się szczególnie, ból chorej nogi. Tym razem, już od kręgosłupa. Wstawała, mimo to, przed świtem, w południe robiła krótki odpoczynek i dalej ciężko pracowała do późnej nocy. Była niezastąpiona…

kolano-neg

Klisza rentgenowska prawego sztywnego kolana Mamy, zniszczonego gruźlicą kości, leczonego kilkanaście lat.

Praca ponad siły wycieńczonej więzieniem matki i dzieci

Trudne warunki domowe, dołączyły do wcześniejszych niezwykle ciężkich przeżyć i doznań więziennych – sumowały się i potęgowały, aż pewnego ranka, z łóżka nie wstała…

Leżała usztywniona bólem, ponad miesiąc. Nie mogła, nie tylko usiąść na łóżku, ale nawet mieć pozycji z głową na poduszce. Wymagała stałej opieki przyłóżkowej. Babcia, rozpaczliwie poszukiwała ratunku.

Dziadek Ludwik szukał szpitala dla przewlekle chorych.

Taki szpital znalazła Janka Bajczykówna z Oleśnik, nasza daleka kuzynka. Dziadek Ludwik zawiózł Mamę, konną furmanką, do Siedliszcza.

Lekarz Aleksander Bałasz podszedł do wozu. A gdy obejrzał chorą, zapytał:

– To co, trupa żeście mi przywieźli?

Rozpoznanie: Mocno zaniedbany zadawniony ischias, wyjątkowo ciężki przypadek.

Szpital był wysoko płatny. Blokady, bardzo drogie zastrzyki – płatne oddzielnie.

Wszystkie szpitale dla rolników były pełnopłatne.

Lekarz Bałasz podniósł Mamę z łóżka.

Wróciła do domu po czterdziestu dniach, zaledwie podleczona, ale nie było już pieniędzy na dalsze leczenie. Dzieci, dom – także potrzebowały jej opieki. Musiała wracać. W domu leczyła się jeszcze długo…

Zrobiono z nas „kułaków” – „wrogów klasowych”. Z tego tytułu musieliśmy płacić bardzo wysokie podatki. Na „kułaków” wprowadzono, bowiem, specjalny, niezwykle wysoki, podatek progresyjny, a także bardzo wysoką składkę na FOR – Fundusz Odbudowy Rolnictwa, a potem, na Fundusz Rozwoju Rolnictwa.

Wszelkie powinności musiały być oddane w pełnym wymiarze. Żadnej ulgi. Płaciliśmy wszystkie „powinności wobec państwa”: podatki, za robociznę; dostawy płodów rolnych, w pierwszym terminie, często, kiedy zboże było jeszcze na polu.

W razie zwlekania, jako „kułacy”, bylibyśmy potraktowani, jako „oporni” – a wobec „opornych” stosowano areszt za „bojkot gospodarczy”. Wówczas gospodarka pozbawiona gospodarza, musiałaby oddać ową zaległość, z bardzo wysokimi karnymi odsetkami. Gdyby areszt nie wystarczał, mogli gospodarkę odebrać, lub przekazać do „spółdzielni produkcyjnej”. Tutaj, ta sama ziemia była wtórnie przeklasyfikowana na najgorszą i „spółdzielnia” otrzymywała… dotację do każdego hektara! Taki „spółdzielca” otrzymywał także dotacje do każdej sztuki inwentarza żywego! Miał również darmowe leczenie…

Za robociznę, nie chciano uznać pracy małoletniego Józia. Żądano od nas pieniędzy, które, jako dzieci musieliśmy wypracować w gospodarstwie.

Różne opłaty w szkole, z których zwalniane były dzieci nawet zdrowych obojga rodziców, my musieliśmy płacić, zawsze, w pełnej wysokości.

Kiedy Mama była w wysokopłatnym szpitalu, Józio poszedł do gminy z rachunkami za leczenie, z uniżoną prośbą, o umorzenie chociażby jednej raty podatku gruntowego. Takie ulgi były, w podobnych przypadkach, powszechnie, niemal obligatoryjnie stosowane. Usłyszał:

– To co, my mamy ci twoją matkę kryminalistkę leczyć?

Zrobili z nas „wrogów klasowych”. Wrogów takich należało zniszczyć…

Represje dzieci i wnuków

Niezwykle ciężkie i długotrwałe represje obejmą całą naszą rodzinę:

Mama i Józio otrzymają na Ignasinie, od służb specjalnych, „troskliwych opiekunów”. Skutkiem ich gorliwej działalności było otrucie psa, a drugiego zabicie, w sposób okrutny; dwa nocne włamania do budynków gospodarczych; kradzież pieniędzy, z wielkim trudem zaoszczędzonych na remont walącej się chałupy…

W gminie, było systematyczne przesuwanie na koniec, w kolejce na przydziały: – nawozów, maszyn rolniczych, materiałów budowlanych, różnych kontraktacji…

W latach siedemdziesiątych, dwukrotnie zgniło im na polu zboże, bo kombajn z kółka rolniczego „planowo” omijał ich gospodarstwo. Wówczas Józio, przymuszony sytuacją, kupił – przy bardzo wydatnym solidarnym wsparciu brata Karola i siostry Anieli – stary, przeznaczony już na złomowanie kombajn „Wistula”, który sam wyremontował.

Kiedy w 1972 roku, Mamę zabrała do siebie, do Zemborzyc, jej córka Aniela – natychmiast został im przydzielony bardzo troskliwy nowy „opiekun” – agentka służb bezpieczeństwa, bezpośredni zwierzchnik służbowy Anieli, sama dyrektorka szkoły – podpisująca się inicjałami: „IB”. Przyczyniła się ona skutecznie do bardzo silnego pogorszenia się zdrowia, ich obu, a także do wielu niezwykle ciężkich problemów w pracy zawodowej i w życiu prywatnym Anieli.

Gorliwe jej działania i ich skutki, są dokładnie opisane w teczce służb bezpieczeństwa, która aktualnie znajduje się w zasobach Instytutu Pamięci Narodowej!

Anieli i oczywiście, też naszej Mamie, przyznano status poszkodowanych.

ipn-aniela-2

Teczka znaleziona przez IPN, prowadzona przez tajne służby bezpieczeństwa na Anielę i Mamę, jeszcze w latach siedemdziesiąt.

Karol, mimo, że siedmioklasową szkołę podstawową ukończył z wyróżnieniem, w wieku zaledwie dwunastu lat, dwa lata wcześniej, droga jego do dalszej nauki w szkołach średnich i wyższych była zamknięta.

Józef do końca życia, był osaczany przez różnych „opiekunów”. Działania jego „opiekunów” opisane wcześniej, kontynuowane były przez ich potomnych, przy pomocy ich bliskich przyjaciół. Zmarł śmiercią tragiczną – w okolicznościach, wyjaśnianych przez prokuraturę rejonową w Lublinie – gdy chciał zmienić swój testament, podstępnie wyłudzony przez ostatniego „opiekuna”!

Dziadek Ludwik, do końca życia, nawet wówczas, kiedy już nie miał nic, nadal był represyjnie traktowany przez władze, jako „kułak”!

Jeszcze po latach, odmówiono mu w gminie załatwienia sprawy, nie omieszkując wypomnieć „partyzantów”.

Ludwik się bronił:

– Nie zrobiłem nic, co było prawem zabronione. Nie należałem nawet do żadnej nielegalnej organizacji.

– Ale wiedzieliście, że partyzanci ukrywają się w lasach, a nie donieśliście o tym, władzom. To jest wasza wina.

W odpowiedzi usłyszeli od Ludwika:

– A co, wyście może nie wiedzieli? Wójt nie wiedział? Komendant milicji nie wiedział? Sekretarz nie wiedział? Kto jeszcze z was nie wiedział?

Po chwili Ludwik pozostał sam. Wszyscy szybko… uciekli! Ale sprawy mu nie załatwili. Natomiast, dobrze zapamiętali mu tę wypowiedź i… zemścili się jeszcze bardziej, przy najbliższej okazji!

O tym, że partyzanci działają na naszym terenie, nie było tajemnicą. Chodzili oni do gminy, do GS-u, do kościoła, na pocztę; z bronią ukrytą, załatwiać różne sprawy. Wszystko to działo się pod bokiem posterunku milicji, gdzie był komendant i dwóch, trzech milicjantów, nie licząc bardzo aktywnych, wszechobecnych tajniaków. Nikt nikogo nie zaczepiał.

Teraz władza, całym ciężarem odpowiedzialności za „problem” obarczała tego najsłabszego, bezbronnego Ludwika i jego całą rodzinę, i potomnych. Sama udawała, że „nic, o niczym nie wiedziała”!

Poczucie głębokiej bolesnej krzywdy, wielkiej niesprawiedliwości, z powodu tylu niegodziwości, jakie w latach powojennych spotkały Ludwika i jego całą rodzinę, w następstwie zrobienia z Niego „kułaka” – nie opuszczało Go do śmierci.

Wszyscy byliśmy bardzo poruszeni Jego reakcją, gdy po latach – kiedy nie miał już nic, a mimo to nadal traktowano Go jak „kułaka” – na chrzcinach Jego wnuczki Reni, doszło do małej bójki, między Mikołajem B. i  Bolkiem P. Na początku Ludwik starał się ich uspokajać, łagodnie rozdzielać – gdy dawali sobie po twarzach, ale nagle ostro, spontanicznie, niezwykle wybuchowo zareagował – gdy Bolek, czując się pokonany, rzucił na koniec w stronę Mikołaja: – Ty… kułaku.

Serwetka wykonana przez Mamę, z więziennej koszuli

Mama nie mieszała się do spraw wojny. Starała się żyć z daleka od polityki. Nie miała nawet takich warunków, ani żadnych najmniejszych możliwości. Będąc od wielu lat ciężko schorowaną inwalidką, borykając się z ogromnymi trudnościami, niezwykłymi przeciwnościami niełaskawego swojego losu, samotnie wychowywała trójkę małych dzieci.

Podstępnie fałszywie oskarżona o posiadanie broni, którą sami przywieźli i podłożyli, stanęła przed prokuratorem wojskowym i sądem, i doznała niewyobrażalnych cierpień i wieloletnich okrutnych represji, które spadły także na Jej dzieci.

serwatka

Serwetka wykonana w więzieniu z myślą o dzieciach

Mama chciała dać swoim dzieciom od siebie coś ładnego, co by im przypominało matkę, żeby nie czuły się samotnymi sierotami, gdyby z więzienia nie wróciła. Materiał urwany zębami z koszuli, w której była aresztowana. Koszula była ze lnu, posianego na naszym polu, ręcznie uprawianego, zebranego, obrobionego, przędzonego na kołowrotku, przez naszą Mamę i Babcię, w czasie okupacji. Mereżka i frędzle wykonane nićmi z tego samego materiału. Kolorowe nici do haftu krzyżykowego, zostały wyciągnięte z chustki kraciastej, w której była wzięta. Mama miała dwie takie chustki – jedna na głowę, drugą miała okręcone chore kolano. Całość wykonana za pomocą igły. Posiadanie igły było przestępstwem. Przemycono ją w paczce. Wszystko wykonane było nielegalnie, a rewizje były przeprowadzane bardzo często. Mama nie miała żadnego doświadczenia w wyszywaniu. Był to jedyny haft w Jej życiu. Mama miała jeszcze drugą niedokończoną serwetkę, ale po pewnym czasie ją zniszczyła, by nie było dalszego ciągu na wolności tego, co przeżyła w więzieniu.

***

Koniec części drugiej

Część pierwsza – „Aresztowania”

Autorzy wspomnień:

Rodzeństwo Karol i Aniela Matraszek

karolAniela Matraszek 1975

 

 

Please follow and like us:
error0