Różaniec z więziennego chleba – część trzecia – „ Bandyci czy bohaterowie … ”

bbbbbbbbbbbbbbbbbbbb

Groźba zakładania kołchozów

 Czy można było nie wpuścić „leśnych” pod nasz dach? Może można. Ale przecież, trudno było się godzić na okupację niemiecką, jak również na sytuację powojenną w Polsce – także okrutną.

Nad polską wsią wisiała straszliwa groźba powszechnego odbierania chłopom ziemi i tworzenie kołchozów. Oznaczało to głód, jaki zapanował na sąsiedniej Ukrainie, w latach trzydziestych dwudziestego wieku i śmierci wielu milionów, w czasie kolektywizacji, „rozkułaczania” i z głodu, mimo tamtejszych, niezwykle urodzajnych czarnoziemów.

Dlatego, u nas, „kolektywizacji”, kołchozów, ludzie na wsi bali się bardziej niż śmierci. Dzięki wielkiemu oporowi, nie doszło do ich utworzenia.

Wielka aktywność sprzeciwu polskiego społeczeństwa – w tym walka prowadzona w podziemiu – doprowadziła do „odwilży” – Października’56. Skończył się „okres stalinizmu”, a Polska stała się „najweselszym barakiem w całym obozie państw socjalistycznych”.

Tymczasem straszliwa polityka pełnej kolektywizacji wsi, wypróbowana u wschodniego sąsiada, była już na siłę realizowana także u nas.

Więzienia były przepełnione tymi, którzy mogli być tylko podejrzani o inne poglądy.

Wszechobecny terror

Terror obejmował także wiele innych warstw i grup społecznych:

Ci, którzy walczyli z okupantem w Armii Krajowej, lub na zachodzie w armii Andersa, po ujawnieniu się, trafiali do więzień, lub na zesłanie do syberyjskich łagrów, bądź „znikali” bez śladu. Zwalczano ich zawzięcie, jako „zaplutych karłów reakcji”.

Represje dotykały nawet tych, którzy mieli kogoś, chociażby z dalekiej rodziny, na zachodzie. Określano ich, jako „element niepewny”.

Jeszcze w połowie lat pięćdziesiątych, niespełna dwudziestoletni Florek B. z Woli Idzikowskiej, po tym jak przyszła do niego paczka z dalekiej Australii – której mu nawet nie doręczono – trafił karnie do kopalni węgla kamiennego na Górnym Śląsku, na całe dwa lata, w gronie podobnych jak on, przymusowych „żołnierzy-górników”!

W wyjątkowo dramatycznej sytuacji, pułapce bez wyjścia, znaleźli się ci, którzy stawili opór w czasie pierwszego wkroczenia wojsk radzieckich na nasz teren we wrześniu 1939 roku i walczyli z najeźdźcami i kolaborantami, pomagającymi im wsadzać do więzień, lub na zesłanie, polskich patriotów.

W 1944 roku brali oni krwawy odwet.

Opór polskiego społeczeństwa

W takim położeniu znalazła się większość żołnierzy „Lwa” – jak i on sam – którzy w czasie najazdu Armii Czerwonej we wrześniu 1939 roku, czynnie z bronią w ręku, stawali w obronie mieszkańców Piask i okolicy.

W podobnej, niezwykle krytycznej sytuacji byli legioniści Piłsudskiego, którzy walczyli z nawałą bolszewicką w 1920 roku. Do grona ich należał legionista Stanisław Pędrak, ps. „Poleszuk”.

Do niego, najczęściej, mieszkańcy Ignasina i całej okolicy zwracali się w potrzebie:

W przypadku kradzieży koni na Ignasinie, na środkowym pasie, „Poleszuk” zorganizował grupę pościgową za złodziejami. W pościgu udział wzięli: Mundek Ciempiel, ps. „Długi”, Felek Adamiak – nasz wujek, Tadek Smyk, ps. „Skrzypek”… Konie powróciły do właścicieli.

Przyczynił się on, działając z nakazu prokuratorskiego, Polskiego Państwa Podziemnego, do wytropienia i ukarania zabójców Filipa O., rolnika z pierwszego pasa na Ignasinie, który zginął po tym, jak rozpoznał jednego z dwóch nocnych rabusiów: – Antoś, to ty?

Były to jego ostatnie słowa, które żona usłyszała.

Bez naszej woli i wiedzy, także z nakazu prokuratorskiego, doprowadził on do wykrycia i ukarania sprawcy nocnego włamania do naszego mieszkania i rabunku.

Ten sam sprawca ukradł „ostatnią garść mąki” – jak o tym, z wielkim oburzeniem mówiono – u bardzo biednych Gałkowskich, rodziny z małymi dziećmi, na środkowym pasie Ignasina. Też został przez partyzantów wykryty i ukarany, a woreczek z mąką wrócił do Gałkowskich.

Dwukrotnie, przy pomocy innych partyzantów, „Poleszuk” uratował naszych Dziadków Adamiaków przed niemiecką ekspedycją karną, z powodu uchybień w odstawianiu kontyngentu i kolczykowaniu zwierząt gospodarczych.

Za najmniejsze uchybienia, w tym zakresie, szło się „za druty”.

Wymawiano te słowa z ogromną trwogą, gdy kogoś okupanci zabrali do obozu koncentracyjnego na Majdanku, skąd droga powrotna do domu, była tylko „przez komin”.

Wysoki komin krematorium, nieustannie złowrogo dymił, w obozie oddalonym od nas niespełna 30 km.

Dzięki różnym działaniom „Poleszuka” i innych partyzantów, planowana pierwsza ekspedycja karna nie doszła do skutku. Druga ekspedycja, zmierzająca do nas, zatrzymała się i zawróciła, zaledwie kilkaset metrów od naszych zabudowań, gdy gestapowcy – z ostatniego wzgórka – zobaczyli przed sobą las, a wiedzieli, że w nim ukrywają się partyzanci.

Ochrona ludności cywilnej, na terenie, gdzie stacjonowali partyzanci, należała do ich obowiązków, zapisanych w dokumentach programowych WiN i Armii Krajowej.

Okupacyjna, a potem także, niedemokratyczna, władza lokalna, czuła przed nimi respekt i jej samowola, w pewnej mierze, była przez to ograniczona. Nie mogła sobie pozwalać na absolutnie niekontrolowane, krzywdzące ludność działania.

W urzędach, oczywiście, bardzo wielu tajemnie sympatyzowało i współpracowało z partyzantami.

***

Tworzenie czarnej legendy o partyzantach

Wieloletnia usilna systemowa propaganda zrobiła straszliwe spustoszenie w pamięci ludzkiej. Przez lata starała się tworzyć o nich „czarną legendę”, pomniejszając ich zasługi i rolę jaką odegrali w walce o dobro społeczne. Przeciwnie, na ich konto zapisywała złe czyny innych.

Ze zdumieniem, z siostrą Anielką, słuchaliśmy teraz, takie zniekształcone mocno lub zupełnie nieprawdziwe opowieści, które są znane jedynie młodszemu pokoleniu, które o takich wymyślonych faktach słyszało tylko w środkach masowego przekazu.

Dzisiaj, nieznane są wielu ludziom warunki, w jakich to wszystko się działo i co było główna przyczyną, tak wielkiego oporu polskiego społeczeństwa.

Trudno jest także im zrozumieć, co znaczyło dla tych bojowników, żyć w nieustannym śmiertelnym zagrożeniu, w ciągu wielu lat.

Wówczas, tym żołnierzom „Lwa”, w przypadku ujęcia ich, czy dobrowolnego ujawnienia się, groziła niechybnie, tylko jedna kara – kara śmierci, poprzedzona wymyślnymi okrutnymi torturami.

Czy mogli wyjść z podziemia?

Musieli nadal walczyć w ukryciu. Była to już teraz, tylko narzucona im, walka o przetrwanie.

Czy mogli mieć wówczas, chociażby jedynie nadzieję, że kiedyś wolna Polska – o którą tak niezłomnie nieustannie walczyli przez lata, od samego początku wojny i nie złożyli broni przed żadnym okupantem – ich cichych, ukrywających się po lasach, bezdomnych tułaczy, desperatów, szaleńców, straceńców: – Wyzwoli…? Zrozumie…? Usprawiedliwi…? Wybaczy…? Doceni…? Podziękuje….? Uzna za Bohaterów…?

Zagrożonych systemem, ciężkimi straszliwymi represjami, były tysiące.

Do nas przychodzili różni… Prosili… Żądali… Niekiedy grozili…

Jeden przychodził do Dziadków przez tydzień, albo dwa. Prawie codziennie.  Zawsze był strasznie głodny. Zjadał pełną michę barszczu, jaka mu Babcia podsunęła. Podawał się za powstańca warszawskiego. Chciał iść do partyzantki. Gdy nie uzyskał od nas, na ten temat, żadnej informacji, w wielkim zaufaniu zaproponował Ludwikowi sprzedaż pistoletu:

– Może przyda się jakimś partyzantom?

Ludwik odmówił, chociaż cena jego była bardzo przystępna.

Okazji takiej, natomiast, postanowił nie przepuścić niedaleki nasz sąsiad Stanisław Ł. Kupił od niego ten pistolet.

Na drugi dzień, po Stanisława Ł. przyjechało… UB!

Przytomności umysłu swojej żony Czesławy, zawdzięcza to, że nie trafił do więzienia na długie lata. Widząc nadjeżdżających, wepchnęła go na siłę w wysokie zboże, bo stał jak skamieniały i nie wiedział, co ma robić.

Przyszedł do nas też taki, co pokazywał orzełek na czapce.

– A ten orzełek do czapki, to niby Pan Bóg ci go przyczepił? – Zapytała Babcia Klementyna – bardzo butnego i natarczywego – żądającego wiele.

– Skąd mogę wiedzieć kim jesteś i kto cię tutaj przysłał?

Był i taki, który podawał się za wielkiego bohatera powracającego z frontu. Miał karabin i żądał konia, bo mu do domu było daleko. Groził i celował do Dziadka Ludwika. Strzelał wielokrotnie seriami, na środku podwórza, do góry w powietrze. Ludwik nie dał się zastraszyć i konia nie dał!

Kilkumiesięczne schronienie i pomoc u Dziadków, ratunek, uzyskał, tułający się – błąkający „Stefek”, „Stefcio”. Był bez domu, bez rodziny, bez narodowości, bez dowodu osobistego, bez żadnego dokumentu, bez nazwiska, straszliwie wycieńczony, obdarty i głodny, z trudem posługujący się językiem polskim.

Skąd przyszedł i dokąd poszedł – przywrócony do zdrowia, nakarmiony, przyodziany i zaopatrzony odpowiednio na dalszą drogę – dowiedzieliśmy się dopiero po wielu, wielu latach: Uciekł z robót przymusowych w Rzeszy, ukrywał się, i chciał iść do swoich na Ukrainę – nazywał się Stiepan Olenycz, a był ze wsi Dobrodwór, pow. Kamionka Strumiłowska. Miał wówczas, niespełna, dwadzieścia lat.

***

Zagrożenie z obu stron

Przychodzili, prosili, żądali, a byli uzbrojeni. Obcy. Nieznani. Kto wie, na co byłoby ich stać, gdyby się im sprzeciwić?

Niebezpieczeństwo groziło nam z dwóch stron. Nocą przychodzili jedni: – partyzanci; w dzień przychodzili drudzy: – władza. My, bezbronni żyliśmy w ciągłym strachu i pod olbrzymią presją jednych i drugich. Dla nas był to okres trudniejszy, niż wojna. Zarówno, od jednych, przy najmniejszym podejrzeniu o „zdradę” i „donos”; jak i od drugich – o „współpracę” z partyzantami i za „niedoniesienie” o nich do władz – groziła śmierć dla gospodarzy, spalenie zabudowań lub nawet zagłada całej rodziny.

Z ogromną trwogą, przerażeniem i z myślą o swoim losie, jaki mógłby nas spotkać, przyjęliśmy wiadomość o zabójstwie, będącej w zaawansowanej ciąży, Wróblewskiej-Rotowej, z Piask.

Dokonał tego partyzant, którego żona pokłóciła się z Wróblewską. Jak mówiono: „- Pokłóciły się baby”. Spanikowana, zdołała przekonać swojego męża, że ta w odwecie może spowodować ich dekonspirację.

Od drugiej strony, posądzenie o „współpracę” z partyzantami, przyniosło zagładę dla całej rodziny Dziachanów, gdzie pięć osób zginęło, a trzy trafiły do ciężkiego więzienia. Wszystkie ich budynki zostały doszczętnie spalone! Nas, za „niedoniesienie” o nich, do władzy, spotkały niezwykle okrutne kary więzienia i wieloletnie niekończące się ciężkie represje, obejmujące naszych Dziadków Adamiaków, a także ich dzieci i wnuków.

Obecność partyzantów w naszych zabudowaniach stanowiła ogromną uciążliwość dla nas jako gospodarzy.

Nie wszyscy oni z przyczyn patriotycznych znaleźli się w lesie. Niektórzy mieli na swoim sumieniu i byli ścigani przez władze za przestępstwa pospolite.

Mając na ramieniu karabin, często z wielkim lekceważeniem odnosili się do nas bezbronnych i nie reagowali na nasze, bardzo ostrożnie formułowane prośby, nawet o to, by podczas pewnego przyjęcia, jakie zorganizowali w naszej stodole, przy otwartych na oścież wrotach – zachowywali większą konspirację, bo oni pójdą sobie, a my pozostaniemy i nas władza z tego powodu srodze ukarze.

Przygarnięci, jako ukrywający się tułacze, w czasie wojny i okupacji niemieckiej, w 1942 roku, przywykli do tego miejsca i o pozwolenie na dalszy pobyt nikogo już nigdy nie pytali.

Samo, nawet bardzo nieśmiałe, poruszenie tego tematu lub okazanie im jakiejś, nawet drobnej niechęci, mogłoby być odczute jako zagrożenie i przynieść bardzo niedobre, tragiczne dla nas skutki.

Los, jaki spotkał Wróblewską był dla nas wielką przestrogą.

***

O wszystkim decydował głęboki patriotyzm

Ale… Ale o wszystkim decydował głęboki polski patriotyzm Ludwika, Klementyny i naszej Mamy, który nam też, od najmniejszego dziecka wpajali. Został on zbudowany i spotęgowany na własnych, niezwykle bolesnych doświadczeniach, w czasie pierwszej wojny światowej. Wtedy oni sami poszukiwali miejsca na ziemi, a żyli na obczyźnie i tułali się w czasie wojennej zawieruchy, kiedy Polski nie było.

Marzeniem ich było życie na wolności, w wolnym świecie, na wolnej ziemi, w wolnej Polsce. Tego najbardziej pragnęli, to było motywem i motorem ich działania.

Wszystko to zostanie im odebrane, poprzez straszliwe represje, jakie ich spotkają.

W rodzinie wciąż były jeszcze żywe, tragiczne przeżycia, szczególnie Dziadka Ludwika. Zbyt wielkie poniósł straty w czasie swojej tułaczki – osiem najbliższych mu osób – i nadal ciągle oczekiwał na powrót, na odnalezienie się braci, którzy jeżeli żyją, też gdzieś są obcymi, nieznanymi nikomu, a potrzebują wsparcia i dachu nad głową.

Mówił:

– Daję swoje, nie cudze. Daję to, co sam w wielkim trudzie zdobyłem swoją niezwykle ciężką mozolną pracą. Ze swoim mogę robić co chcę, bo jest moje. Nikomu nic do tego. Nikt nie ma prawa mi zabronić! Tak myślę i tak być powinno!

Dopiero po wielkiej tragedii, zgnębiony, przybity ciężkimi przeżyciami i represjami, jakie Go całkowicie niezasłużenie spotkały, ze strony własnego państwa, a także spadły na jego potomnych: – dzieci i wnuków – Ludwik powie:

– Gdyby teraz przyszli… ???

dziadkowie-2

Nasi Najwspanialsi Dziadkowie – Klementyna (1889 -1969) i Ludwik (1883 – 1963) Adamiakowie

obraz-mnp

Obraz Niepokalanego Poczęcia NMP. W chwilach najcięższych Babcia Klementyna przed nim składała prośby błagalne.

 

Epilog

Cały ten opis opiera się na naszych własnych przeżyciach, a także na wypowiedziach Mamy i Dziadków, przy różnych okazjach i do różnych ludzi, których, jako dzieci im towarzyszące, słuchaliśmy. Nie wszystko wówczas rozumieliśmy, ale do dzisiaj, pamiętamy.

Opis ten poświęcamy pamięci naszej Niezrównanej Bohaterskiej Mamy, a także naszych Najwspanialszych Dziadków – Klementyny i Ludwika, oraz Niezwykle Dzielnego i Prawego Nieodżałowanego naszego Brata Józefa.

Był On od nas starszy zaledwie o kilka lat, ale był naszym przewodnikiem w życie. Często zastępował nam ojca i matkę, gdy pozostawaliśmy sami, w niezwykle ciężkich chwilach. Przeżyliśmy teraz bardzo boleśnie, Jego tragiczne przedwczesne odejście, spowodowane przez ludzi żądnych, zachłannych, bez moralnych zahamowań i własnych sumień.

Życzeniem Jego by było, by czynu tego, nie stawiali oni, jako wzorzec wychowawczy dla swoich potomnych i by takie ich postępowanie nie znalazło naśladowców, jako najłatwiejszy sposób na wzbogacenie się.

Należy mieć nadzieję, że z powodu niedokończenia jeszcze sprawy śmierci naszego Brata – z winy „błędu” w procedurze adwokackiej – nie potraktują oni tego jako sadową akceptację, dla ich haniebnego czynu.

Staraliśmy się, jak najdokładniej opisać to, co uważaliśmy, że Mama chciałaby, by opisane było. Jak najwierniej odtworzyć jej wypowiedzi. Do nas, jako małych dzieci, nigdy nie opowiadała, zaś gdy coś mówiła do innych, przy nas – napominała, byśmy się tą wiedzą z nikim nie dzielili, gdzieś się komuś nie wygadali. To było niebezpieczne.

Wypuszczając Mamę z więzienia, zakazali jej opowiadać, gdzie była i co przeżyła – bo powróci!

mama-2

Nasza Niezrównana Bohaterska Mama Joanna/Janina Matraszek (1913– 1987)

Nasza bohaterska Mama cztery(!!!) razy była pod lufą, broni palnej wroga. Z bardzo bliskiej odległości!

Pierwszy raz. – 25 sierpnia 1944 roku włamał się do nas o północy rabuś-bandyta. Przykładając Mamie do piersi pistolet, kazał jej wyjść na dwór, żeby ją tam zabić. Mama siedząc na łóżku i przytulając do siebie trójkę swoich, przerażonych, struchlałych ze strachu dzieci, chwyciła za jego rękę, w której trzymał pistolet – i odrzuciła ją na bok. Mówiła potem, że nie wie, skąd znalazła w sobie tyle siły, żeby móc pokonać młodego mężczyznę!

Drugi raz. – We wrześniu 1944 roku – też o północy – przez okno weszli do naszego mieszkania, rosyjscy żołnierze.

Gdy dobijanie się i żądania żeby otworzyć, trwały już długo – wszyscy siedzieliśmy cicho, tylko ośmioletni Józio negocjując przez zamknięte drzwi,  starał sie bezskutecznie, ich przekonać, że w domu są tylko małe dzieci, a padały coraz cięższe groźby – zdesperowana Mama zdecydowała się szukać ratunku. Gdy tylko otworzyła okno z tyłu domu, gdzie było spokojnie i mogło się wydawać, że tam nikogo nie ma – niespodziewanie, przez nie wskoczyło do mieszkania trzech rosyjskich żołnierzy z lufami karabinów wprost w nią skierowanych.

Trzeci raz. – 8 września 1946 roku, gdy UB weszło do mieszkania aresztować naszą Mamę – jeden ubowiec groził pistoletem, a drugi stał we drzwiach z automatem wycelowanym w naszą stronę, gdzie stała Mama i garnąca się do Niej, szukająca u Niej ochrony i ratunku, trójka Jej strwożonych dzieci.

Czwarty raz. – W tym samym dniu, na środku podwórza, ubowiec, na naszych oczach – bezbronnych, śmiertelnie przerażonych Jej dzieci – popychał naszą Mamę lufą karabinu i kazał Jej wyjść za stodołę, żeby Ją tam zastrzelić.

mb-z-dzieciat-2

Matka Boska z Dzieciątkiem.

Unikalny rysunek-siedząca. Dziadek Ludwik kupił go w Piaskach, w czasie środowego jarmarku. Pierwotnie był w ramach szafkowych, otwieranych. Obecnie jest w ramkach zwykłych, nieco pomniejszony. Przed nim nasza Mama modliła się, w dniu Jej aresztowania.

 

jozio-2

Józef Matraszek – (1936 – 2008) Dzielny i Prawy. Nasz Brat. Był On od nas starszy zaledwie o kilka lat, ale był naszym przewodnikiem w życie. Często zastępował nam ojca i matkę, gdy pozostawaliśmy sami, w niezwykle ciężkich chwilach. Przeżyliśmy teraz bardzo boleśnie, Jego tragiczne przedwczesne odejście, spowodowane przez ludzi żądnych, zachłannych, bez moralnych zahamowań i własnych sumień.

Zmarł śmiercią tragiczną – w okolicznościach, wyjaśnianych przez prokuraturę rejonową w Lublinie – gdy chciał zmienić swój testament, podstępnie wyłudzony przez ostatniego „opiekuna”!

 

ruiny-2

Ruiny naszych zabudowań

W latach 1942 – 44 funkcjonowała tutaj podziemna podoficerska szkoła Armii Krajowej i odbywały się zajęcia na kursach sanitariuszek. Zajęcia odbywały się, także w stodole i pobliskim naszym lesie.

W latach 1942 – 46 mieścił się tutaj także, stały punkt informacji i propagandy, wraz z drukarnią: – wielką maszyną do pisania „Torpedo” i powielaczem.

 

pomnik-2

Pomnik na grobie naszej Mamy i jej rodziców Ludwika i Klementyny Adamiaków, wystawiony na nowym cmentarzu w Fajsławicach, w setną rocznicę tułaczki po dalekiej Ukrainie i w siedemdziesiątą rocznicę aresztowań i represji.

ksiega-1

 

 

Autorzy wspomnień:  Rodzeństwo -Karol i Aniela Matraszek.

karol                                            aniela

 

Please follow and like us:
error0